poniedziałek, 29 października 2018

Głębiny i mielizny, czyli "Księżna jeleń" Ibáñeza

Za każdym razem, gdy zaczynam czytać tekst fantasy, zastanawiam się, jak bardzo autor nasyci go kliszami, schematami i rozpoznawalnymi rozwiązaniami fabularnymi. Nie umiem zapomnieć o słowach krytyków i badaczy literatury, którzy ocenili ten gatunek jako niezwykle skonwencjonalizowany. Owo skostnienie ma przyczynę między innymi w fakcie, że fantasy rozrosło się w pewnych nieprzekraczalnych dla siebie granicach. Z jednej strony wyznaczone są one przez tradycje europejskich mitologii (najczęściej nordyckich, celtyckich, rzadziej klasycznych), z drugiej zaś inspiracje płyną szerokim strumieniem ze świata rycerskich legend oraz ogólnie pojmowanego średniowiecznego uniwersum. Elementy, którymi dysponuje autor chcący tworzyć w tym gatunku, są więc od dawna znane i każdy może po nie sięgnąć. Skarbiec jest otwarty, fantów nie pilnuje żaden smok, można zabrać to, co jest akurat potrzebne. Trzeba docenić również wpływ klasyków – Robert Howard, J. R. R. Tolkien, Poul Anderson i Ursula Le Guin stworzyli podwaliny fantasy, jej najbardziej rozpoznawalne realizacje. Za sprawą ich niewątpliwego geniuszu kolejni twórcy mogli albo udeptywać ścieżki, którymi ktoś już wcześniej przeszedł, albo bawić się konwencją, tworząc parodie i postmodernistyczne wariacje potwierdzające istnienie problemu „literatury wyczerpania”.

Moje spotkania z fantasy są za każdym razem podszyte głęboką nadzieją na to, że na nowo uwierzę w możliwości gatunku. Ktoś mnie zaskoczy, oczaruje, uwiedzie albo kreacją świata przedstawionego, albo fabułą, która będzie powiewem odświeżającej bryzy. Tym oczekiwaniom początkowo dawała radę sprostać Księżna jeleń Andrésa Ibáñeza.



Książka hiszpańskiego pisarza rozpoczyna się w sposób imponujący – opisem pierwszych wrażeń, jakich dostarcza głównemu bohaterowi, młodemu Hjalmarowi, wjazd do potężnego, nieziemsko pięknego miasta. Ten oszałamiający początek, który bardzo dobrze wróży całej powieści, jest doskonałą próbką stylu autora. Pióro Hiszpana wydaje się niemal stworzone do kreślenia plastycznych, niemal trójwymiarowych opisów, które (chociaż brzmi to banalnie) potrafią wciągnąć czytelnika do świata przedstawionego.

Autor nie boi się budować całych akapitów z wielopoziomowych opisów miasta, przez które przechodzi główny bohater. Natłok detali, barw, kształtów tylko z pozoru obezwładnia wyobraźnię, gdyż wystarczy poświęcić nieco więcej uwagi, a przed oczami staje wszystko to, co jest owocem talentu autora. Mieni się niczym wielobarwny gobelin. Co więcej, Ibáñez pieczołowicie dokumentuje również najdrobniejsze gesty bohaterów, szczegóły ubrań i dźwięki otoczenia. To bardzo sensualna proza, daleka od przyziemnej sprawozdawczości. Doskonale uzupełniają się w jej ramach szeroka, epicka fraza z niemal poetyckimi muśnięciami, gdy Ibáñez skupia uwagę na życiu wewnętrznym postaci. Ta cecha prozy Hiszpana jest chyba największym atutem powieści.

O ile początkowy zachwyt odurza czytelnika i utrzymuje się na wysokim poziomie, o tyle fabuła opowieści oraz całość świata przedstawionego może nieco rozczarować wyrobionego odbiorcę. Od samego początku czujemy pod stopami dobrze ubitą drogę, po której szły już wcześniej zastępy pisarzy fantasy. Z ołówkiem w ręku możemy prześledzić charakterystyczne dla gatunku klisze fabularne, które z założenia miały być nawiązaniami do klasyki literatury (na przykład „Dziejów Tristana i Izoldy”), a tak naprawdę rażą swoją przewidywalnością.

Główny bohater, sprzedany w niewolę syn władcy miniaturowego królestwa, trafia najpierw do kuchni, gdzie najlepsze, co może go spotkać, to obracanie w nieskończoność rożna ze sztukami mięsa. Jednak za sprawą kilku szczęśliwych zbiegów okoliczności chłopak dostaje się pod opiekę potężnego maga, który dostrzega w nim ogromny potencjał. Schemat awansu bohatera, który powoli uczy się czarnoksięskiego rzemiosła i jednocześnie zaczyna pałać gorącym uczuciem do następczyni tronu, poprowadzono bardzo poprawnie. Niewiele jest w stanie czytelnika zaskoczyć, otrzymuje on dokładnie to, co obiecywał sobie po lekturze typowej powieści fantasy.

Są jednak w tej książce miejsca, które mogły zwiastować „egzotyczne” rozwiązania, korytarze, którymi Ibáñez miał możliwość poprowadzić czytelnika w nieoczekiwanych kierunkach. Fantastyka w naszych czasach często staje się areną, na której światopoglądowe wojny toczą siły konserwatywne i liberalne. Reinterpretując typowe dla gatunków popularnych rozwiązania, buduje się dyskurs o wszelkich mniejszościach lub ignorowanych wcześniej niepasujących elementach. Nie dziwią więc wszelkie próby uczynienia z głównego bohatera osoby wyraźnie nienormatywnej.

W książce Ibáñeza główna bohaterka źle się czuje w swoim ciele. Woli polować, rzucać się w wir przygód, przebierając się za mężczyznę. Uwierają ją skromne możliwości, jakie jej płci oferuje ład społeczny. Niestety Księżna jeleń nie zyskuje za pomocą tego zabiegu niczego istotnego – nikt, czytając tę powieść, nie zacznie zastanawiać się nad miejscem kobiet w świecie fantasy, nie będzie dyskutował o płci jako pewnym spektrum, gdyż Ibáñez powierzchownie i zachowawczo podchodzi do tych kwestii.

Rzecz jasna czytelnik ukierunkowany na czystą przygodę nie będzie miał za złe hiszpańskiemu autorowi, że ten o poważnych sprawach woli rozmawiać przy innej okazji. Mnie jednak żal pewnych straconych możliwości, gdyż zawsze (być może zupełnie niesłusznie) oczekuję od europejskich twórców fantastyki czegoś więcej niż tylko rozrywkowej literatury. Być może to za dużo…

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasty

4 komentarze:

  1. Trudno obecnie znaleźć coś nowatorskiego. Nic dziwnego, każdy gatunek obrósł już w swoje ramy i niewielu twórców potrafi za nie wyjść. Niby wyobraźnia jest nieograniczona, ale jednak z czegoś czerpie. I jak słusznie zauważyłeś, kultura również ma w tym swój znaczący udział :)

    Pozdrawiam,
    mrs-cholera.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bo wyobraźnia wyobraźnią, ale jak się okazuje potem, gdy za bardzo rozbujamy wyobraźnię, to czytelnik się zgubi. Innymi słowy (cytat): "Otóż, gdy pan ludziom będzie opowiadał przygody swoje w kawiarni, niech pan
      nie szuka większych podniet. Wystarczy panu filiżanka czarnej kawy. Gdyby się pan
      podniecił, może odszedłby od możliwości zrozumienia pana przez słuchaczy zbyt
      daleko. Straciłby pan z nimi kontakt. A tak, jeżeli nie wszystko zrozumieją, o czym
      pan mówi, w każdym razie ze trzy czwarte tego, co pan opowiada, będzie dla nich
      zrozumiałe. To wystarczy, aby nie stracić ze słuchaczami łączności. A nawet radziłabym
      panu, aby do czarnej kawy kazał pan sobie przynieść zawsze szklankę zimnej
      wody. Gdy wyobraźnia zechce ponieść pana zbyt daleko, niech się pan napije zimnej
      wody i dopiero mówi dalej."

      Dzięki za komentarz. Pzdr

      Usuń
  2. To ja tak z ciekawości i w reakcji na wstęp zapytam: jakie są według Ciebie przykłady najbardziej udanych przekroczeń?

    Pożeracz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja się z fantasy dawno temu rozstałem po krótkim burzliwym epizodzie z Sapkowskim, którego nawet polubiłem. Męczy mnie ten gatunek i w sumie nie za bardzo lubię te wszystkie rekwizyty fantasy. Ale gdybym miał Ci odpowiedzieć to były to "Rycerz nieistniejący" Italo Calvino.

      Usuń