środa, 3 października 2018

Można się już tylko śmiać, czyli "Cudowna broń" Dicka

Ja nigdy nie ukrywałem, że moja przygoda (romans? małżeństwo?) z fantastyką naukową zaczęła się od spotkanie z książkami Philipa Dicka. Kończyłem liceum i przez przypadek w bibliotece zamiast chwycić Arthura C. Clarke'a złapałem właśnie "Ubika". No i się zaczęło... Pochłonąłem niemal wszystko, co Dick wystukał na swoich maszynach do pisania.

Oczywiście nie mam zamiaru odtwarzać tutaj żadnego stanu badań - biblioteka zbierająca omówienia twórczości autora "Słonecznej loterii" jest naprawdę imponująca i nie ma najmniejszego sensu, by mądrować się i wyważać otwarte drzwi.

Mogę jednak zrobić coś innego - wejść drugi raz do tej samej rzeki i sprawdzić, czy doskonała niegdyś do kąpieli woda nie straciła swoich walorów. "Cudowną broń" przeczytałem kiedyś jako kolejną powieść Dicka i nie zrobiła ona na mnie większego wrażenia. Nie zrozumcie mnie źle - dla mnie większość powieści amerykańskiego pisarza była wyśmienita, "Cudowna broń" była najzwyczajniej w świecie dobra. Zapamiętałem kilka scen, parę dialogów, atmosferę. Niewiele więcej.




Dziś, przewróciwszy ostatnią stronę nowego przekładu, którego autorem jest Krzysztof Sokołowski, stanąłem twarzą w twarz z niewiadomą, z łamigłówką, z tekstem kultury, który przypominać może płótno Jacksona Pollocka, opętańczy wykwit abstrakcyjnego ekspresjonizmu. Powiedzieć, że w tym szaleństwie jest metoda, to nic nie powiedzieć.

Gdyby ktoś mnie prosił, bym polecił mu jakiegoś Dicka na początek, "Cudowna broń" idealnie by się do tego nadawała. Nie kamienie milowe fantastyki w stylu "Ubika" czy "Trzech stygmatów...", ale właśnie ta powieść "środka", która zbiera w sobie niemal wszystko, co dla tego pisarza charakterystyczne, świadczy o jego wielkości oraz, niestety, o słabości.

Kiedyś wymyśliłem sobie taką oto definicję pisarstwa Dicka: "Na Ziemię napadają Marsjanie, ale główny bohater ma to wszystko w nosie, bo jest akurat w trakcie bardzo bolesnego rozwodu". Może ktoś inny to wymyślił? Nieważne. Czujecie jednak, o co chodzi, prawda?

Niewielu pisarzy fantastyki w ten właśnie sposób poczyna sobie z materią powieści. Z reguły postacie uwikłane są w doraźne rozwiązania fabularne lub istnieją jedynie po to, by na swoich barkach dźwigać mniej lub bardziej wyrafinowany/ograny pomysł. A przecież nikt z nas nie żyje tylko i wyłącznie Wielką Ideą; śpimy, marzymy, pijemy herbatę, żartujemy lub przeżuwamy przekleństwa, konfrontując się z płytką złośliwością świata i bliźnich. Dick to wyczuwa i pozwala bohaterom prowadzić miałkie, pozbawione znaczenia (w kontekście całego utworu) rozmowy. Pech chce jednak, że pisarz zbyt często rozgrzebuje własne pokręcone życie osobiste i wkłada zadawane samemu sobie pytania i odpowiedzi w usta dialogujących postaci.

Ja się czuję wtedy pogubiony - nie dlatego, że nie rozumiem tego, o czym czytam. Ja się gubię w meandrach uczuć, w psychologizmach, które podrasowane są amerykańską skłonnością do dzielenia włosa na czworo (oczywiście na miękkich kozetkach w gabinetach headshrinkerów). Zbyt głębokie introspekcje nie przekonują mnie, wcale nie zbliżają do prawdy o człowieku. Są jedynie zapisem szamotaniny - albo samego Dicka, albo postaci, w które Dick wpompował własne pogruchotane emocje.

Nie umiem tego docenić. Choćbym się starał, nie umiem.

Co innego jest siłą "Cudownej broni". Groteska, która tak bardzo psuje humor twardogłowym wielbicielom hard science fiction, leży u fundamentów tej powieści i nie pozwala odczytywać jej dosłownie, literalnie. Wszystko, od iście manichejskiej koncepcji świata przedstawionego (karykaturalne odbicie obu stron żelaznej kurtyny), poprzez obraz przemysłu zbrojeniowego, po szyderę z idiotyzmów kultury masowej - wszystko poddano obróbce w warsztacie wielkiego kpiarza, który obnosi się ze swoim krzywym zwierciadłem pod gościńcach obłąkanego dwudziestego stulecia.

Groteska Dicka nie ma jednak waloru terapeutycznego. Nie, Dickowi chyba nie zależało na stworzeniu satyry, po przeczytaniu której ludzie opamiętają się i porzucą konsumpcyjny styl bycia (bycia, nie życia). Generałowie nie rozbroją swoich armii, politycy nie podadzą sobie rąk ponad liniami demarkacyjnymi, prości ludzie nie przestaną roić o władzy absolutnej, która pozwoli im bezkarnie upokarzać sąsiadów. 

"Cudowna broń" jest więc wyrazem cynicznego, żeby nie powiedzieć, nihilistycznego oglądu pola. Będąc jednostką, elementem Systemu, nawet naznaczoną talentem do pisania fajnych historyjek, nie można Systemu zmienić. Można jedynie wyjść na środek i krzyczeć. Lub się śmiać, z wszystkiego. "Życie błazeństwem jest na scenie..."

Dick pokazuje również język macierzystemu gatunkowi, który wykarmił go własną piersią, a którego stał się odrodnym dzieckiem. "Symbole narodowe" fantastyki zostają przez Dicka nawet nie zakwestionowane, ale raczej wyśmiane w duchu Franciszka Rabelaisa lub, być może, Jonathana Swifta. Militarystyczna fantastyka, podróże w czasie, dystopijna rzeczywistość, rojenia o lepszej przyszłości, inwazja Obcych, sztuczna inteligencja - "Cudowna broń" wrzuca to wszystko do jednogarnkowego dania i podane przez szalonego szefa kuchni. Nie ma tu chyba jednak ani jednego elementu, który by nie został odkształcony, doprowadzony do absurdalnych wręcz rozmiarów lub rozdęty. Najsilniej obrywa się chyba komiksowej pulpie, koncepcji superbohaterskich przygód spod znaku Marvela lub DC Comics - tutaj Dick szarżuje, wpada w stylistyczny amok, parodiując idiotyczne pseudonimy komiksowych herosów, kretyńskich superłotrów i rozwiązania fabularne dla imbecyli. 

To dobra powieść, a jej przewrotna mądrość objawi się wtedy, gdy przestaniemy z rozdziawionymi gębami śledzić błazeństwa Dicka, a zaczniemy się zastanawiać, dlaczego ktoś przed nami w błazna się zamienia. Polecam taki właśnie rodzaj namysłu.

***

W tej recenzji w sumie nie ma ani słowa o treści książki. I dobrze. Bo to nie jest recenzja.

2 komentarze:

  1. "Na Ziemię napadają Marsjanie, ale główny bohater ma to wszystko w nosie, bo jest akurat w trakcie bardzo bolesnego rozwodu".

    To błyskotliwa definicja prozy PKD, ale rozszerzyłbym ją odrobinę:

    "Na Ziemię napadają Marsjanie, ale główny bohater ma to wszystko w nosie, bo jest akurat w trakcie bardzo bolesnego rozwodu i co gorsza nie wie, czy jego żona istnieje naprawdę".

    OdpowiedzUsuń