poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Gliniarz, Żyd, rozwodnik... - Chabon zagryza Chandlera.

Najpierw cytat ze strony o Autorze:

W 2007 r. ukazała się powieść "Związek żydowskich policjantów", owoc pięciu lat pracy. Powieść okazała się następnie wielkim sukcesem pisarza, przynosząc mu nagrody Nebula, Hugo i Locus oraz nominacje do nagród Sidewise, nagrody im. Edgara Allana Poe oraz nagrody BSFA. Media wspominają o niedługiej ekranizacji powieści, której mają dokonać Bracia Cohen

Brzmi zachęcająco, prawda?

Tak właśnie znalazłem rzeczoną książkę. Żaden strzał w ciemno - po prostu przewertowałem spis nagradzanych ostatnio autorów i nie mogłem wybrać źle.

***

Najpierw parę oczywistości.

Parę razy w życiu chciałem być zły (nie zły absolutnie, ale tylko tak troszkę, niemal delikatnie)- przywalić niesympatycznemu bliźniemu inteligentnie, ironicznie, ledwie maskując cynizm, zmiażdżyć przeciwnika ciętą ripostą i patrzeć, jak kurczy się w oczach pod prasą bezczelnego poczucia humoru.

(Mój ulubiony cytat z Chandlera:


- Nie podobają mi się pańskie maniery.
- Nic nie szkodzi, nie mam ich na sprzedaż.


Czujecie to?)

Chciałem być taki zły, a jednocześnie momentalnie poczułbym wyrzuty sumienia, że kogoś mogłem urazić. Cóż, zbyt delikatny chyba jestem...

Tutaj docieramy do esencji konwencji noir, stylistyki, która musi być przesiąknięta emocjami typu "nie ma zmiłuj.".

Czarny kryminał to oprócz brutalności, mroku, tajemnicy, zła i upapranego tym złem bohatera, również styl. Nie ma noir bez stylu.

A Michael Chabon ma styl. Jest bardziej Chandlerowski niż sam Chandler. I ani na moment nie osuwa się w kierunku parodii gatunku. Jest poetą noir i zważywszy na fakt, że napisanie "Związku..." zajęło mu pięć lat, musimy założyć, że ciężko się napracować, by całość brzmiała solidnie.

Jego styl, nie da się ukryć, zwraca na siebie uwagę. Nie jest cienką szybką, przez którą przyglądamy się fabule. Jest grubym matowym szkłem, zapoconą szybą w kawiarni, gdzie siedzimy nad piątą kawą, pełną popielniczką i lustrujemy życie ulicy.

Jego styl jest krwisty (nomen omen), mięsisty, męski, pełny gruboziarnistych metafor i porównań.
Czyta się znakomicie, choć pewnie to lektura raczej męska, bo jakiej czytelniczce przypadłby do gustu główny bohater - rozwodnik mieszkający w podłym hotelu, pociągający ale z butelki, niesubordynowany policjant z wybitnymi problemami każdej natury...



A fabuła? Tak błyskawicznie:

Alternatywna wersja historii. Alaska, którą zasiedlili Żydzi uciekający przed holokaustem. Mamy mniej więcej czasy współczesne. Amerykanie mają wkrótce odebrać Żydom pożyczoną im ziemię. Mamy klimat depresyjnej i dusznej społeczności na chwilę przed kolejną wędrówką ludu.

Parującą w powietrzu bezradność i głęboki fatalizm - klasyka noir, ale w wydaniu mojżeszowym to coś świeżego i energetycznego.

Morderstwo. Śledztwo raczej po omacku. Pojawia się alkohol i... szachy. Pojawia się kobieta fatalna. Pojawiają się meandry intrygi o charakterze międzynarodowym. Wszystko utkane precyzyjnie. Wciąga, porywa.

Wymiany zdań jak ciosy bokserów na zawodowych ringach. Tu nikt nikogo nie oszczędza.


– To już twoja sprawa, detektywie. Może dla odmiany spróbujesz pomyśleć o przyszłości?
– O przyszłości? – powtarza Landsman. – O latających samochodach? Czy o hotelach na Księżycu?


I co?

Znajdziemy kogoś, by go poczęstować podobnym tekstem?



Całość czyta się znakomicie. I to przeczucie przedziwnego happy endu, gdy w rozpadającym się na oczach bohaterów świecie może zabłyszczeć jeszcze coś dobrego...

9 komentarzy:

  1. Brzmi ciekawie :)

    Ostatnio czuję, że powinnam sięgać po więcej książek non fiction, a jeśli fikcja, to najlepsza, z nadrabianiem największych klasyków, co jakiś czas wpadają jednak w oko i inne książki. Powinnam chyba zrobić sobie listy muszę przeczytać, chcę przeczytać i chcę przeczytać, jeśli mi samo w ręce wpadnie :) pewnie ta powieść wylądowałaby na tej trzeciej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja mam tak mało czasu, że u mnie jest tylko jedna półka:

    "CZYTAĆ W PRZYPADKU KAŻDEJ WOLNEJ CHWILI!"

    OdpowiedzUsuń
  3. Pierwsze słyszę o tym autorze, ale bardzo mnie zachęciłeś, bo Chandlera, Hammeta i kino noir z lat 40-50 bardzo lubię.

    pzdr

    Romo

    OdpowiedzUsuń
  4. Romo, brachu, jak żyjesz?

    Daj znać na priwa, bo już parę raz złapałem się na tym, że się o Ciebie martwię...

    pzdr

    OdpowiedzUsuń
  5. A książkę z czystym sumieniem polecam. Nie ma poczucia straty czasu...

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetnie brzmi, na pewno przeczytam. I zapewniam - kobiety też lubią tych drani z filmów/powieści noir:)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Do Marty - bo oni są tylko takimi cynicznymi draniami na pozór, w rzeczywistości to ostatni przyzwoici ludzie w otaczającym ich zepsutym świecie. :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Rewelacyjna recenzja - tak fajna, ze moze az jeszcze raz zabiore sie za "Zwiazek...", ktory jakis czas temu porzucilam z obrzydzeniem ze wzgledu na niestrawna maniere pisania ;-)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!

      Ale jak Ci się znów nie spodoba, to nie moja wina...

      ;-)

      pzdr

      Usuń