piątek, 19 sierpnia 2011

Morderstwa w Soplicowie czyli Caroline Graham "Zabójstwa w Badger's Drift"

Moje uwielbienie dla angielskości nie ma umocowania w żadnym konkrecie. Pewnie wyobrażenie na temat Anglii budowane na fundamentach stereotypów, seriali i książek ma się nijak do tego, czym Wyspa jest dzisiaj i czym była kiedyś.

Żywopłoty, łąki, lasy, Tamiza i sieć kanałów opisana w „Trzech panach w łódce”, dżentelmeni i ich kluby, arystokracja i jej posiadłości („Klub Pickwicka”), studenci elitarnych uczelni, herbata, hinduski służący, poczucie humoru…

Taka baśń, coś jak Soplicowo Mickiewicza.

Dziś już pewnie takiej Brytanii nie ma i kto wie - może nigdy jej nie było.

A ja wciąż jej szukam na kartach książek, najczęściej kryminałów, bo literatura ludyczna najlepiej pomaga wzmacniać stereotypy i hołdować szlachetnym iluzjom.

Ostatnio mój wybór padł na Caroline Graham i jej cykl o śledztwach prowadzonych przez nadinspektora Barnaby'ego, ostoję spokoju i tradycyjnych wartości, oraz sierżanta Troya, impulsywnego, źle maskującego kompleksy klasowe.

„Zabójstwa w Badger's Drift” zaczyna się od trzęsienia ziemi – ginie starsza pani, która miała nieszczęście być świadkiem bulwersującej sceny erotycznej. I to w lesie. Podejrzani ukrywają się w zamkniętej przestrzeni zabitej deskami wiochy, w której, o dziwo, sporo się dzieje.



Mnożą się mroczne sekrety. Plączą się losy poszczególnych postaci. Detektywi uparcie i metodycznie kolekcjonują ślady. Autorka myli tropy. Czytelnik ma raczej nikłe szanse wytypować mordercę. Fabuła eksploduje na przestrzeni kilku ostatnich stron.

Typowy angielski kryminał. Ze swoimi walorami (klimat, poczucie humoru, elegancja intrygi) i swoimi minusami (przewidywalność dekoracji, konwencjonalność).

Mnie jednak najbardziej zasmuciło to, że całkowicie straciłem zainteresowanie tym, kto zabił i dlaczego to zrobił. O lepiej wyglądają dekoracje niż aktorzy odtwarzający swoje kwestie. Angielska prowincja, krótko mówiąc, urocze zadupie. Znowu Soplicowo. Pewnie niechcący, ale to Autorce wychodzi najlepiej.

Caroline Graham nie odkrywa Ameryki. Idzie dziarsko środkiem wydeptanej przez wielu innych ścieżki lub jak kto woli - rozsiada się w fotelu wygrzanym przez czyjś tyłek.



Nie, nie zmęczyła mnie ta powieść. Sympatycznie obcowało się z zachowawczym i po ludzku sympatycznym detektywem, którego córka studiuje w wielkim świecie, a żona jest kochana, ale nie potrafi za grosz gotować.

Niestety, kredyt, jaki udzieliłem Autorce, nie był udaną inwestycją. Jej kolejna książka wylądowała u mnie na półce z napisem „Nic na siłę!”

W "Śmierci pustego człowieka" Graham tak długo wprowadzała kolejnych bohaterów, tak długo męczyła opisem skomplikowanych związków pomiędzy aktorami amatorskiego teatru, że w końcu pogubiłem się w tym, kto kim jest, z kim sypia, kogo zdradza, komu zazdrości a z kim sympatyzuje…

Tak więc, do literackiego czyśćca, marsz, pani Caroline Graham!

I proszę zwrócić po drodze moje czytelnicze zaufanie.

6 komentarzy:

  1. Angielskość jest świetna, też lubię - i chyba na takich samych zasadach, jak Ty - utrwalania schematów i wyobrażeń, co do których można mieć wątpliwości, czy w ogóle mają jakikolwiek związek z prawdą.

    Podobno w kryminałach wiele ludzi sobie ceniło właśnie tę powtarzalność, schematyczność i konwencjonalność (U. Eco - Apokaliptycy i dostosowani) - widocznie jesteś bardziej wymagającym czytelnikiem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Karodziejko, nie jestem jakimś nieludzko wymagającym czytelnikiem, ale chcę jednego.

    Kryminał musi być dla mnie po prostu wciągający i mieć stale utrzymujący się poziom napięcia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Prawdę mówiąc z angielskimi kryminałami miałem tyle wspólnego, co z samochodami drogimi. Ale kryminały ogólnie lubię. Mimo powtarzalności i powielanych schematów. Zresztą - w każdym mimo wszystko jest coś, co go wyróżnia.

    A jeśli o portretowanie prowincji chodzi, to ostatnio wpadł mi w ręce tom pierwszy serii 'Przygody siostry Pelagii' Borysa Akunina. Prowincja co prawda rosyjska, ale książka świetna. W ogóle lubię Akunina i pochłaniam kolejne tomy przygód Erasta Fandorina. Polecam.
    Jest napięcie, akcja, humor. Może Ci się, Antku... Tomku, spodobać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam lekkiego fioła na punkcie brytyjskich kryminałków i seriali - nie tylko tych "sielskich", ale i średniowiecznych. Jeśli mogłabym, to polecam Ellis Peters (seria o bracie Cadfaelu), Susanna Gregory (seria Kroniki Matthew Bartholomew, niestety w Polsce wyszły tylko trzy z kilkunastu jej powieści) oraz Reginalda Hilla (Dalziel and Pascoe).
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Agato, angielski kryminał to solidna sprawdzona marka. Nie dziwię Ci się.

    OdpowiedzUsuń
  6. Fandorina muszę, Zdesparowany, w końcu napocząć.


    Dzięki.

    OdpowiedzUsuń