piątek, 4 stycznia 2013

16 ton, czyli "Druga jesień" Żwikiewicza



Lektura jest co najmniej męcząca. To pierwsze, czym mogę się podzielić po przeczytaniu debiutanckiej powieści Wiktora Żwikiewicza pt. „Druga jesień” wydanej w 1982 roku.

Rozbieg jest naprawdę długi – przez pierwszych kilkanaście stron obserwujemy różnego rodzaju i kalibru anomalia, jakie pojawiają się pod każdą szerokością geograficzną. Huczą o tym nagłówki gazet, szepcą o tym przeciętni Ziemianie, niepokojące wiadomości płyną zewsząd. Od Antypodów po zapadłą polską wieś, gdzie bimber leje się strumieniami – wszędzie dzieje się coś.

Światła na niebie, mutujące rośliny i zwierzęta, znikający bez śladu ludzie, suche deski stołów wypuszczają zielone pędy… Ten chaos sprzyja jednak rosnącej ciekawości czytelnika. Czujemy jakieś napięcie. Wypatrujemy niewiadomej. Klasyczne chwyty, kanoniczne dla science-fiction ekspozycje rzadko kiedy zawodzą. Pytanie, co autor zrobi z tym dalej.

A autor tu sobie gwałtownie zmienia kurs. Powieść wpada w ostry zakręt. Stylistyka zmienia się – czytamy, ni z gruszki, ni z pietruszki, jakby pastisz realizmu magicznego, dość męczącą namiastkę tego, co proponowałby taki Cortazar lub Marquez. Jakieś opalone gołe kobiety, jacyś Indianie, jakieś sugestie, że ktoś zmartwychwstał lub chociaż jego zegar biologiczny ruszył wstecz... O co chodzi? - pytałem sam siebie.

Ciężkostrawny to fragment, który meandrując prowadzi tam, gdzie czytelnik powinien być zaprowadzony prostszą drogą.

Czemu to służy? Zaryzykuję stwierdzenie, że autorem kierowała ambicja stworzenia eksperymentu formalnego, jakim było totalne pomieszanie wszystkiego z wszystkim – stylistyk, scenografii, konwencji, nawiązań etc. Pomysł karkołomny. Powieść science-fiction okazała się mieć zbyt słabe zawieszenie, by udźwignąć ten śmiały koncept.



Nie to jednak jest najgorsze – najgorsze są duszne, emocjonalne i do bólu autotematyczne partie, na przestrzeni których sam autor dokonuje przedziwnej analizy procesu pisania powieści fantastyczno-naukowej. Bada ograniczenia gatunku, zawodzi nad straconymi szansami, jakie fantastyka mogła wykorzystać, by pełniej i mądrzej świat opisać, przewidzieć jego dalsze losy. 

Żwikiewicz klasycznie przedobrzył - "Druga jesień" miała być powieścią samoświadomą, zadającą mądre pytania, przyglądająca się ważnym problemom - niestety, tekst padł pod ciężarem zamiarów autora. Nikt przy zdrowych zmysłach nie odda sterów myśliwca komuś, kto do tej pory latał głównie szybowcami. 

Nie jest to szlachetna porażka - to porażka kogoś, kto doskonale zna bariery gatunku, w jakim chce się realizować, i próbuje na siłę spakować szesnastotonowy bagaż swoich pomysłów do podróżnej walizki.

Wiemy, czym to się może skończyć - autor jest rozgoryczony, walizka zniszczony, a całej reszty nie sposób pozbierać.

Bo nie da się pozbierać tej chaotycznej, pozbawionej komunikatywnej intrygi opowieści o zwariowanej Ziemi, o Obcym, który nagle zamieszkał w ciele człowieka i prowadzi z nim beznadziejnie nudne dialogi. O czym tu jeszcze było? Diabli wiedzą! Zapomniałem, a czytałem.

Porażka na całej linii. Strata czasu, chociaż to niewiele ponad 200 stron druku. 

Szkoda, że od takiego niewypału rozpoczynam moją przygodę ze starą polską fantastyką...

4 komentarze:

  1. O, znam nazwisko, ale tylko z jakiegoś opowiadania, którego już nie pamiętam. Co będzie następne ze starej sf?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, już widzę. Petecki i Broszkiewicz.

      Usuń
  2. Ja zaś od siebie dodam, że całkiem sporo tekstów Żwikiewicza w wersji sieciowej wrzuciłem wczoraj na swoją listę:

    http://zaginionyalmanach.blogspot.com/p/darmowa-fantastyka.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki!

      Ja analogowo tłukę, bo odwiedziłem ostatnio biblioteki okoliczne i prawdziwe old schoolowe skarby tam znalazłem!

      pzdr

      Usuń