wtorek, 8 stycznia 2013

Grzeczne dzieci w przestrzeni, czyli "Ci z Dziesiątego Tysiąca" Broszkiewicza

Książka ukazała się w 1962 roku. Ponad 50 lat temu! (Niektórych z Was nie było jeszcze na świecie...)

Gdyby ją wznowić, okazałoby się, że to skrzyżowanie powieści dla młodzieży i konwencji science-fiction nieco się zestarzało. Dokonując drobnych poprawek, kilku korekt, opowieść Broszkiewicza da się obronić jako uroczą, optymistyczną, nawet idealistyczną literaturę dla młodszych nastolatków właśnie. Kosmos rozumiany jako dekoracja, odległa przyszłość jako grunt pod fantastyczne wizje - OK. Jednak kreacja bohaterów, tempo wydarzeń, pewne struktura filozoficzna kładąca się cieniem moralizatorstwa - to już razi archaicznością.

Niespieszne dialogi dokumentują zawiązującą się przyjaźń (a może i coś więcej?) pomiędzy trojgiem głównych bohaterów - Ionem, Alkiem i Alką spędzającymi wakacje na rubieżach Wszechświata. Ich rodziny, wybitni naukowcy, badają granice kosmosu, gdy tymczasem dzieci poznają uroki życia na "mechanoplanecie", gdzie całymi dniami mogą nic nie robić. We wszystkim wyręczają je usłużne automaty i robot opiekuńczy z Saturna, Robik. Nuda, krótko mówiąc.

Na ratunek bohaterom przychodzi autor, którego wyobraźnia uruchamia szereg nieszczęść. Strumień meteorytów porywa statki badawcze rodziców. Łączność zostaje zerwana, a zautomatyzowana planeta wariuje. Jedyną szansą ocalenia kosmicznych rozbitków są właśnie nasi dzieli młodzi ludzie. 




Mimo tego, że całość czyta się nieźle, akcja ma dostateczne tempo, a wydarzenia odpowiednią temperaturę emocjonalną, dziełko to nie wytrzymało próby czasu z jednego prostego powodu. Kreacja bohaterów, nastolatków, o których czytać mają ich rówieśnicy, jest mocno oderwana od tego, co wiemy na temat malowniczego wieku dojrzewania.

Ion, Alka i Alek są ujmująco grzeczni, romantycznie zadziorni, momentami wręcz dżentelmeńscy. Jasne, dotykają ich problemy młodości - pierwsze zauroczenie eksplodujące na linii chłopak/dziewczyna - ale przez większość powieści zachowują się, myślą i podejmują decyzje jak dorośli właśnie. 

Być może to strategia pisarska, by dać czytelnikom gotowe wzorce do naśladowania? A może to echo skompromitowanego przeświadczenia, że dziecko to miniaturowa kopia dorosłego?  A może po prostu w 10 tysiącleciu młodzi ludzie bardzo szybko stają się odpowiedzialni i poważni? A może to po prostu Wszechświat tak usztywnia lub amputuje żywiołowość, luz, poczucie humoru?

(Jeśli tak jest, to w życiu nie poślę w przestrzeń moich dzieci.)

"Tych z Dziesiątego Tysiąca" pokrył już kurz. Za późno znalazłem tę książkę. Po prostu. Chociaż trzeba przyznać, że Broszkiewicz, jako fantasta, przynajmniej jeden raz trafnie odczytał przyszłość, której on sam już nie doczekał. 

Jego bohaterka, wyraźnie zgorszona tendencjami, jakie przejawiał jej rodzony brat, mówi:

Ludzkość musi upaść. Co drugi mężczyzna interesuje się poezją, muzyką, filmem albo literaturą. To się źle skończy.

11 komentarzy:

  1. Jedno ale... "Ci z dziesiątego tysiąca"
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też pozdrawiam, ale trochę nie rozumiem...

      Usuń
    2. Tytuł książki Jerzego Broszkiewicza brzmi "Ci z Dziesiątego Tysiąca" a nie "Tysiąclecia" ;)

      Usuń
    3. Boże.... JUŻ POPRAWIAM!

      Usuń
    4. A okładkę miałem kilka dni przed samym nosem. Gapa jestem!

      Usuń
  2. Grzeczne dzieci są czasami po prostu nudne.
    Choć przyznaję, swego czasu i w odpowiednim wieku pochłaniałam książkę z wypiekami na twarzy. Och, przygody, te przykuwały moją uwagę!

    OdpowiedzUsuń
  3. "Ion, Alka i Alek są ujmująco grzeczni, romantycznie zadziorni, momentami wręcz dżentelmeńscy..."

    Książki nie czytałem, więc to tylko mój domysł, ale może pośród Twoich interpretacji takiego zachowania bohaterów powinna znaleźć się i ta, że po prostu w czasach Broszkiewicza młodzi ludzie byli naprawdę nieco grzeczniejsi niż dziś. :-)


    "Ludzkość musi upaść. Co drugi mężczyzna interesuje się poezją, muzyką, filmem albo literaturą. To się źle skończy."

    No to już teraz wiem, że to przeze mnie ten cały *&#&%$^, który oglądam dookoła. Zatem teraz albo terapia szokowa (zajęcia na strzelnicy, judo, wyścigi quadów, wieczorem szklaneczka whisky przy "Playboyu") albo zjazd w deprechę. Tomo, żadnej nadziei?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Romo, a ja myślę, że młodociani bohaterowie Niziurskiego byli fajnie chuligańscy, mniej papierowi. Klasa!

      Usuń
    2. Być może, sam lubiłem te młodzieżowe powieści Niziurskiego ("Sposób na Alcybiadesa" to chyba moja ulubiona książka dzieciństwa). Nienackiego i Bahdaja zresztą też. No i Szklarskiego. Za to perypetie Stasia i Nel jakoś ciężej mi się czytało. A z Broszkiewicza to pamiętam tylko "Wielka, większa, największa" (chyba taki był tytuł), choć czytałem zapewne więcej jego rzeczy.

      Zresztą, o czym ja tu... W ogóle Tomo ogarnijmy się, ludzkość ginie przez takich jak my. :-)

      Usuń
  4. 'Ci z Dziesiątego' i 'Mój księżycowy pech' Broszkiewicza to najpiękniejsze rzeczy dla starszych dzieci i młodzieży, jakie czytałam. Kilkunastoletni bohaterowie, dzieciaki myślące o sobie - jestem taki zwyczajny - w chcwili próby okazują się odważni, sprawni, dzielni i bardzo dowcipni! Zdanie wypowiedziane przez Alkę - ironiczne przecież! - właśnie o tym świadczy :)
    Taki był przekaz Broszkiewicza do czytelników: Pamiętaj, może wydaje ci się teraz, że jesteś nikim, ale jak przyjdzie co doczego, dasz radę!

    Tymczasem w obecnej literaturze dla dzieci i młodzieży głównym przekazem jest: Może i Twoje otoczenie mówi Ci, że jesteś brzydszy, gorszy i niepopularny, ale pamiętaj, jeszcze będą Ci zadrościć, zaimponujesz im jeszcze.

    OdpowiedzUsuń