wtorek, 1 stycznia 2013

Kolacja w ciemnościach, czyli "Po tęczy" Sosnowskiego


Gdy w recenzji jednej z książek Andrzeja Sosnowskiego Marcin Świetlicki napisał:

Znacie państwo takiego poetę? Wyjątkowo medialna postać naszej literatury. David Bowie poezji polskiej. Przystojny, wrażliwy. Anglista. Tłumacz. Podróżnik. Elegant. Koneser. Meloman. (...) Co wynika z nowej książki Andrzeja Sosnowskiego? Nic. Tylko przyjemność obcowania. Przyjemność przedzierania się przez piękne meandry, przyjemność tajemnicy. 

zapomniał chyba dodać, że wspomniany gwiazdor rocka ostatnią dobrą płytę nagrał w 1980 roku (Scary monsters and super creeps), a jego wpływ na współczesną muzykę jest już tylko i wyłączenie ograniczony do podpierania swoim nazwiskiem młodych zdolnych artystów. 

Ta brakująca informacja chyba najlepiej ilustruje pewien proces, którego ofiarą stali się czytelnicy poezji w Polsce (są jacyś na sali?). Proces zatrważający, przeprowadzany zakulisowo, przy stolikach, gdzie recenzenci, akademicy, wydawcy i sami twórcy spotykają się, by ustalić, kto kim będzie w nadchodzącym sezonie. 

Oczywiście analogia z "drukowaniem" (nomen omen) rozgrywek piłkarskich jest ściśle zamierzona. A słowa M. Świetlickiego między wierszami przemycają niewygodną prawdę o stanie, w jaki wprowadzono polską poezję. "Przyjemność przedzierania się przez tajemnicę" - tak się pisze, gdy nie wiadomo, co napisać o tekstach kolegi. A mówi się: "Ona ma wysublimowaną urodę", gdy opisujemy komuś brzydką żonę dobrego kolegi.

Tak, Sosnowski brzydko się starzeje. Pierwsze tomy autora były czymś niesamowicie odkrywczym dla polskiego czytelnika, choć na tle działającego już od dziesięcioleci Johna Ashbery'ego prace autora "Życia na Korei" wyglądały jak owoc klasycznego wożenia drewna do lasu. 

Kryzys pojawił się gdzieś o okolicach tomu "Gdzie koniec tęczy nie dotyka nieba." Tam zgasił ostatnie świeczki sensu. Jemy w ciemności. Nie wiemy, nie rozumiemy, nie ogarniamy ponoć "wiekopomnych projektów", "wielopoziomowej gry słów, melodii, rytmów i tropów." Jesteśmy po prostu za głupi na Sosnowskiego, który każdy swój wiersz komponuje "wirtuozersko." 

Książka podaje nam na tacy zlepki nierozpoznawalnych komunikatów. Mnoży ścieżki prowadzące donikąd. Smaki krzyżują się na podniebieniu. Wersy ześlizgują się z widelców, z łyżek. Nożem niczego nie ukroimy. Jesteśmy bezradni, ponieważ ktoś tu sobie z nas bezczelnie kpi. Tego nie da się zjeść. Szef kuchni stoi w progu swego królestwa i z satysfakcją obserwuje, jak desperacko próbujemy nadgryźć jego propozycje.



Wmawianie czytelnikom, że późniejsza twórczość Sosnowskiego warta jest wszelkich zachwytów, a jeżeli nas nie zachwyca, tośmy głupi i niedojrzali, stało się ulubioną dyscypliną krytyków zaprzyjaźnionych z gromadką siedzącą przy opisanym wcześniej stoliku. A upór, z jakim forsują tezę jakoby każdorazowo autor przekraczał kolejne granice możliwości poezji, aż prosi się o jakąś zgrabną teorię spiskową.

Posłuchajmy wiernego wyznawcy, Grzegorza Hetmana:

Słowa, frazy, cytaty, powtórzenia tworzą tu strefę wzmożonego ruchu, zwiększonego przyciągania; wielokierunkowa energia języka przybiera dowolne kształty, lecz zanim okrzepnie w jakiejś znajomej, rozpoznawalnej postaci, natychmiast przelewa się w coś innego. Cały ten chaos sprawia jednak wrażenie sprawnie kontrolowanego. 


Co nam to mówi o czymkolwiek? NIC. Pozostaje pusta gra. Żonglerka zakochanej w sobie poezji, która nawet nie podejrzewa samej siebie, że bełkocze, nic jej nie kontroluje, nic nie ma szans na dotarcie do nikogo. Nie jest de facto potrzebna nikomu oprócz tych, którzy wmawiać będę innym (i brać za to pieniądze, oczywiście...), że jest to literatura unikalna i wielka. A nie jest! To poezja pustych malowniczych gestów. Wideoklip bez muzyki. Woltyżerka pod nieobecność konia.

Te gorzkie słowa z łatwością dopasujemy do trzech ostatnich premierowych książek Sosnowskiego. Projektów (kocham to słowo w kontekście poezji właśnie...) nieudanych. Zrywających jakąkolwiek łączność autora z odbiorcą. 

Jak śpiewał w latach 80 Morrissey w The Smiths:

Hang the blessed DJ
Because the music that they constantly play
IT SAYS NOTHING TO ME ABOUT MY LIFE


Cóż, wieszać Sosnowskiego nikt chyba nie będzie, ale wątpię, by kiedykolwiek miał coś do powiedzenia  swoim czytelnikom o ich życiu...  

7 komentarzy:

  1. 1. Mnie jest de facto bardzo potrzebna poezja Sosnowskiego (a na pewno nie jestem kimś, kto za pieniądze wmawia komukolwiek, że jest unikalna i wielka).
    2. Sosnowski poprzez swoje wiersze wiele mi powiedział o moim życiu.
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie nie. I kto ma rację?

      ;-)

      A tak na serio - kim byłby Sosnowski bez Śliwińskiego, swojej największej tuby? Nie wiem, czy byśmy usłyszeli o kimś tak enigmatycznym, tajemniczym i ekscentrycznym (mówię o pierwszych wartościowych tomach, tak do "Taxi" włącznie), a potem uwierzyli, że Sosnowski nadal jest "królem życia" w polskiej poezji, gdyby nie Śliwiński właśnie.

      To ten profesor poznański dzieli i rządzi, karty rozdaje. Kiedyś go ceniłem, ale dziś już widzę, że nie jest wartościowym krytykiem ten, kto z poetami wódkę pije. Nie.

      Usuń
    2. No właśnie to Twój tekst ma autorytatywny ton, jakby racja była tylko Twoja. Piszesz "de facto", a ja pokazuję, że jest ktoś taki - nie poeta i nie krytyk - kto jednak wymyka się Twoim "prawdom".

      A "Po tęczy" to - obok "Taxi" - mój ulubiony tomik Sosny.

      Daj spokój, krytyka poetycka dogorywa i nikogo nie obchodzi (mnie się przynajmniej nie chce tego czytać). Jak pisał Piotr Macierzyński, dziś mamy laudacje i rankingi. No i nagrody, rzecz jasna ;)

      Usuń
    3. I - patrząc na recepcję poezji Sosnowskiego na przestrzeni ponad dwudziestu lat (czego nie pamiętam, ale przecież potrafię skorzystać z biblioteki) - śmiem wątpić, czy to akurat Śliwiński tak ją wypromował. Teraz, owszem, jest jego tubą. Ale nie on jeden.

      Usuń
    4. Ależ oczywiście, że jestem autorytatywny. Niesprawiedliwy. Subiektywny. Dobre w poezji jest coś, co mnie rusza, bo nie mam innych, obiektywnych, narzędzi, by się przekonać, że jakaś poezja jest coś warta nawet wtedy, gdy jest hermetyczna i szczelnie zamknięta/odcięta od całej reszty.

      Po prostu ubieram w słowa swój nie-zachwyt. Tyle. Można mi nie wierzyć. Ale tak samo ja nie wierzę "achom" i "ochom" "krytyków" spod bandery Biura Literackiego.

      Czytałeś może książkę "Połów 2012"? Tak są laudację dużo lepszą poezją niż sama poezja prezentowana w książce. To jest dopiero hit.

      A wracając do meritum - obaj bronimy swoich pozycji. Ty z okopów neoawangardy, ja raczej bardziej tradycyjny jestem. I tyle. Dyskusja jest cenna. I myślę, że dużo więcej by wniosła do "kwestii" niż dyrdymały "biurowych" laudatorów.

      pzdr i cieszę się, że się odnalazłeś po dłuuuugiej nieobecności.

      Usuń
  2. A co do autorytatywnego tonu - czuję się rozgrzeszony. Gdy człowiek naczyta się omówień współczesnej poezji, które brzmią jak poezja sama, są naszpikowane metaforami i konceptami, to mam czystą satysfakcję z tego, że mogę wprost tu napisać, że coś jest do dupy.

    OdpowiedzUsuń