niedziela, 18 sierpnia 2013

Profesor T.Alent poleca, czyli "Pierwsze podróże w czasie" Heinricha (chyba)

Czy pamiętają może moi nieliczni czytelnicy "Księgę VIII" przygód Tytusa, Romka i A’Tomka, w której niezastąpiony profesor T.Alent oddał w ręce chłopców „aparacik” umożliwiający podróże w czasie?

Wystarczyło chwycić się pudełeczka, pokręcić korbką odpowiednią liczbę razy i już lądował człowiek w mniej lub bardziej zamierzchłej przeszłości. Proste, prawda? (Każdy by chciał takie cudo mieć, że tak się rozmarzę się. Ile błędów młodości dałoby się naprawić… Ech…)



Myślę, że w podobny sposób problem podróży w czasie rozwiązał niemiecki autor o bardzo skomplikowanych personaliach – Erik Simon Reinhard Heinrich (co jest nazwiskiem, a co imieniem nie śmiem orzekać). Nasz Autor pochwalić się może powieścią fantastycznonaukową pt. „Pierwsze podróże w czasie”, która również bezpretensjonalnie i gardząc jakimikolwiek naukowymi przesłankami, opisuje tytułowe wojaże wzdłuż i wszerz czasu.

Dostajemy więc garść uroczych, staroświeckich historyjek ilustrujących rzekome paradoksy, niespodzianki i zawirowania, jakie towarzyszyć mogą podróżnikom dysponującym odpowiednim wehikułem. Całość podzieloną na kilka opowieści, podzielonych z kolei na krótkie rozdzialiki, czyta się błyskawicznie. A pomysł, by siłą napędową wspomnianych wehikułów były jakieś kryształowe kolumny, kupujemy z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Badacze przeszłości lądują raz w epoce kamienia łupanego (kapitalny pomysł, by pojazd, którym poruszają się naukowcy, przypominał mamuta…), innym razem w starożytności, potem w średniowieczu etc. Za każdym razem Autor stara się domknąć daną historię błyskotliwą pointą, co na ogół się udaje i jeżeli nawet nie jesteśmy specjalnie zaskoczeni kolejnymi finałami, to powinniśmy docenić starania pisarza.

Całość pomyślana jest jako nieistniejący (jeszcze, podkreślmy) „Suplement do Podręcznika podstaw temporalistyki" i zachowuje pozory bycia publikacją naukową, stąd zamykające książkę „Dodatki” wzbogacające wizję autorską o „naukowe” szczegóły tłumaczące co dziwniejsze rozstrzygnięcia fabularne.

I co z tym zrobimy, zapytacie. Ano nic. Nie żałowałem czasu, jaki poświeciłem tej całkowicie archaicznej pozycji. Mam sentyment i dużo (uwaga, patos!) czułości do tego typu książek. Książek-eksponatów.

I gdybym miał przywołany na początku aparacik i trafiłbym na samego siebie sięgającego po „Pierwsze podróże w czasie”, nie wyrwałbym sobie tej książki z rąk.

PS


I choć tekst niewątpliwie należy do kręgu literatury niemieckojęzycznej (o Boże, to nazwisko!), ja „ustawiam” go na półce „Stara polska fantastyka,” bowiem wydano go w serii FANTASTYKA-PRZYGODA-ROZRYWKA, pod skrzydłami Krajowej Agencji Wydawniczej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz