wtorek, 20 sierpnia 2013

Roztrzaskać się pod koniec, czyli "Grecy umierają w domu" Klimko-Dobrzanieckiego

„Grecy umierają w domu” to dziwna książka. Tego jestem pewny. Rzuca czytelnikiem od bandy do bandy, ze skrajności w skrajność. Od czystego niemal reporterskiego oglądu sytuacji po liryczne wysmakowane prawie poetyckie partie. Od melancholijnych, elegijnych wręcz reminiscencji po chłodne cyniczne relacje z teraźniejszości.
Poruszamy się dwutorowo – raz śledzimy męki twórcze głównego bohatera powieści, Sakisa, spolonizowanego Greka, który u progu dorosłości wrócił do ojczyzny rodziców i po latach został pisarzem. Tkwi teraz na niewielkiej wysepce, pomieszkuje w „domu pracy twórczej”, gdzie spotyka przedziwną menażerię mniej lub bardziej utalentowanych ludzi pióra. Ta warstwa to surowa, męska proza. Język jest dobitny, dialogi szybkie, nakrapiane gorzkim poczuciem humoru i ironią.
Innym razem czytamy pełną melancholii, poezji i tęsknoty opowieść o losach rodziców narratora. Uwaga koncentruje się na ojcu bohatera -  potężnym brodatym Greku. Próbuje on raz po raz za pomocą mniej lub bardziej wariackich pomysłów poprawić status rodziny uchodźców, którzy na początku lat 50 osiedlili się w prowincjonalnym polskim miasteczku.
Klimko-Dobrzaniecki nie odkrywa jednak przed nami niczego niezwykłego, oryginalnego, własnego. Potwierdza tylko, że o figurze ojca najłatwiej jest pisać, utrzymując elegijny ton. Zanurzyć narrację w kipieli niezwykłych wydarzeń, otoczyć bohatera barwnymi kolegami, znajomymi, wrogami i… gotowe. Tak właśnie uzyskuje się bezpieczną, realistyczno-magiczną mieszankę.
Zaręczam jednak, że bez trudu możemy znaleźć dużo lepsze utwory opisujące archetypiczną relację ojciec-syn. Dużo lepsze historie o zauroczeniu, bólu i goryczy dojrzewania w cieniu ojca, który z czasem przestaje być wszechmocny i wszechwiedzący. Przestaje być nieśmiertelny.
Doskonale za to czyta się partie poświęcone współczesności. Posępne, niemal fatalistyczne tony pobrzmiewają, gdy narrator wspomina o kolejnych falach greckiego kryzysu i o odpowiedzialności rządzących za sytuację, w jakiej znalazł się kraj. Przewrotnie i zaskakująco brzmią słowa o naturze rządów totalitarnych, które przecież nie zostały ani Grekom, ani Polakom oszczędzone.
Chciałem początkowo niżej ocenić tę książkę. Zarzucić jej częściową  przewidywalność i wtórność. Podkreślić doskonały warsztat pisarski, zaangażowany w próbę rekonstrukcji dzieciństwa, i chłodny opis wycinka współczesności. Jednak czytelnicze bóstwo (jeżeli istnieje takowe) pokarało mnie. Wykpiło moją niecierpliwość i odsłoniło przede mną wstrząsające zakończenie. 
Finał niesamowity, niespodziewany, wiążący wiszące spokojnie do tej pory wątki. Autor prowadził mnie, łudząc wizją łagodnej i utemperowanej rodzinnej baśni. Jednak to, co pokazał mi w finale, przypomniało o najmroczniejszych, niemal fundamentalnych pierwiastkach istniejących w brutalnych archaicznych wersjach mitów greckich. Fatum, groza odkrytej gwałtownie prawdy, katastrofa.
Zamykając książkę, poczułem się jak wędrowiec, który idąc wydawać by się mogło szeroką i dobrze znaną sobie ścieżką, zawiesił nagle stopę w powietrzu, ponieważ otworzyła się przed nim przepaść najeżona ostrymi skałami.
Roztrzaskać się łatwo. Można i warto. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz