czwartek, 31 stycznia 2013

Kurz zdmuchiwać na własną odpowiedzialność, czyli "Labirynt wyobraźni" Grundkowskiego

Na wiele różnych sposobów można udręczyć wiernego fana science-fiction. Jerzy Grundkowski w swoim tomiku opowiadań pt. "Labirynt wyobraźni" udowadnia, że zna się na rzeczy i od samego początku uparcie pracuje nad tym, bym moja miłość do gatunku szybko wywietrzała.

Tak na serio - teksty te mają dziś już tylko wartość historyczno-literacką. Nie ratuje ich nic, bowiem środki, jakimi "fantastyczny" efekt osiąga Autor, lub cel, w jaki sięga po "fantastykę" właśnie, są każdorazowo chybione lub zdezaktualizowane. 

Gdzieś tam leży ta książka. I niech leży...


Pierwszy utwór "Planeta dobrych ludzi" jest statyczną wizją obcej cywilizacji, planety istot życzliwych, zorganizowanych, wrażliwych i altruistycznych.  Wypisz, wymaluj bolesny rachunek wystawiony społeczeństwu polskiemu przełomu lat 70 i 80, bo właśnie wtedy tekst ten powstał. Tylko co z tego? Czy rzeczywiście formuła s-f ma to najlepszy wehikuł, by w pseudonaukowy, w duchu chybionego oświeceniowego ducha, przetransportować kilka oczywistych prawd o nas samych?

A inne opowiadania? Mniej alegorycznego zadęcia, więcej ruchu, ale wciąż fantastyka nie znajduje solidnego umocowania w fabule. Jest zaledwie pretekstem, przyprawą, elementem znikąd, który ma ubarwić albo sensacyjną intrygę ("Żółta cysterna"), albo dziwaczne surrealistyczne widowiska ("Pojedynek"), albo nudnawe rozważania o egzystencji człowieka ("Pasażer"). 

Nawet w najbardziej rasowej odsłonie ("Raj utracony", planeta, jedyne miasto na planecie otoczone pustynią, ucieczka z miasta i takie tam pierdoły) Grundkowski nie potrafi utrzymać suspensu i w sumie dość zaskakujące zakończenie prezentuje bez wdzięku i lekkości. 

Krótko mówiąc, męczyły mnie te labirynty, w jakie poprowadził mnie Autor. I choć książeczka miała zaledwie 100 stron, wydawało mi się, że czytam ją i czytam, i czytam... 

Kompletne muzeum, ale ktoś (ok, ja jestem taki głupi) musi czasem tam pójść.

sobota, 26 stycznia 2013

Za mało Rzymu w Rzymie, czyli "Dolce vita" Mikołajewskiego


Gdyby książka Jarosława Mikołajewskiego pt. „Dolce Vita” napisana była na przykład po szwedzku lub w innym języku, którego nie rozumiem, z miejsca wzbudziłaby moją sympatię. Format tego niewielkich rozmiarów tomiku opowiadań jest przyjazny dla dłoni, a okładka sztywna. Otwieramy książeczkę; tam czeka nas kolejna miła niespodzianka – każde opowiadanko ilustruje ładne nastrojowe zdjęcie sugerujące klimat tytułowego słodkiego życia, jakie wypełnia uliczki i place Rzymu. Niestety, autor napisał swoją książkę po polsku…
To zdumiewające, że po spędzeniu 6 lat w stolicy Włoch Mikołajewski stworzył tak bezpłciowe dzieło, które (jak sugerują słowa samego autora) miało być swoistym hołdem złożonym mieszkańcom tego miasta. Mikołajewski podejmuje przeróżne próby, by uprawomocnić sens wybranego tytułu, czytelnego przecież odwołania do filmu Felliniego. Niestety, niemalże w każdym przypadku przegrywa lub, w najlepszym razie, remisuje.
Opowiadań tych nie ratuje ani narzucający się realizm magiczny, ani groteska, ani zabawa formą, gdy na przestrzeni całego tekstu śledzimy dialog pomiędzy kobietą a mężczyzną lub czytamy monolog stylizowany na relację sportową. Nawet szczypta prawdziwego realizmu, prawdopodobieństwa, nie przynosi spodziewanej satysfakcji. Oczekujemy przecież klimatu Wiecznego Miasta, zgiełku, gwaru ludzkich losów, niezwykłych spotkań, tajemnicy, misterium pulsującego życia. Otrzymujemy w zamian zbiór figur (bo przecież nie bohaterów), które równie dobrze mogłyby żyć i mierzyć się ze swoimi problemami gdziekolwiek indziej. Rzym, Krym, wszystko jedno...

Bardziej rzymsko to wygląda niż książka Autora


Forma jaką jest krótkie opowiadanie, jest wyjątkowo trudna i stanowi nieprzeciętne wyzwanie dla każdego prozaika. Zbyt łatwo tekst może osunąć się w rozwodnioną impresję. Błyszczeć fałszywym światłem pustego konceptu, który potrafi zaskoczyć tylko raz. Mając to na uwadze, muszę stwierdzić z przykrością, że „Dolce vita” jest projektem nieudanym.
Obiecuje zbyt wiele i przynosi równie dużo rozczarowania. To klasyczny przykład literatury mającej ambicję być „wyższą”, istnieć w kontekście rozpoznawalnych dzieł, pięknych miejsc i wielkich nazwisk, stąd przywoływana na czwartej stronie okładki Szymborska i jej przyboczny, Michał Rusinek. To literatura, która chce odwiedzać biblioteki, podobać się na spotkaniach autorskich, błyszczeć w prasie wydawanej na kredowym papierze. To jednak wciąż za mało, by ten bezpieczny i zachowawczy tomik pozostał na dłużej w czyjejś pamięci...

niedziela, 20 stycznia 2013

Blokiem w blok, czyli "Wojny urojone" Ziemiańskiego


„Wojny urojone” to dziecko psychozy, jaka panowała u schyłku Zimnej Wojny, gdy każde większe napięcie dyplomatyczne pomiędzy Blokami mogło doprowadzić do nuklearnego konfliktu. Krucha równowaga sił tkwiła tak naprawdę w strachu – każda ze stron bała się pierwsza użyć głowic atomowych, więc nerwowy klincz trwał i trwał. Ta oczywiście uproszczona wizja historii schyłku XX wieku jest fundamentem, na jakim zbudował swoją opowieść Ziemiański.

Po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron wiemy już, że mamy tu wszystko, co fani s-f cenią najbardziej. Ponad Ziemią unosi się stacja orbitalna, która zbyt długo ociągała się, by wrócić na powierzchnię planety. Na stacji wszystko gnije, pleśnieje, rdzewieje i sypie się. Setki facetów usiłują zorganizować sobie jakiekolwiek sensowne zajęcie. A tymczasem na dole świat przestaje wyglądać tak, jak zapamiętali go nasi bohaterowie – giną ślady uprzemysłowienia, cywilizacja cofa się wręcz do czasów średniowiecza. Ekspedycja, jaka ląduje, by zbadać sytuację, krok po kroku odkrywa prawdę…



Sama fabuła, klimat eksploracji „średniowiecznego” miasta, przypomina nieco „Trudno być bogiem” Strugackich, choć kaliber „Wojen urojonych” jest z pewnością lżejszy. To po prostu kawał świetnej literatury rozrywkowej, przygotówka, której bohaterowie to prawdziwi faceci – twardzi, cyniczni, szermierze ironii podbitej depresją. Fabuła? Wszystko, co się może zamarzyć – pogonie, strzelaniny, gołe baby, egzekucja skazańca przy pomocy samolotu (!). Finał? Zaskakujący, nawet dający do myślenia.

Jeśli książka ta doczekałaby się wznowienia, mielibyśmy niezłą próbkę tego, co się nie starzeje w literaturze – mamy iskry zabójczego poczucia humoru, pełnokrwiste postacie, których nie sposób nie lubić nawet w chwilach, gdy nie grzeszą myśleniem. Akcja rwie do przodu umiejętnie cięta na krótkie zwarte sceny.

Być może kolejne poziomy wtajemniczenia w zagadkowy świat za bardzo dziś kojarzą się z mechaniką gier komputerowych, w których eksplorujemy nieznaną mapę i zbieramy strzępy informacji, by skonstruować coś na kształt wiedzy o świecie, ale siłą Ziemiańskiego jest z pewnością żywioł języka.

Styl, którego nożyce wykroiły idealną rozrywkową książkę.

środa, 16 stycznia 2013

Suchary z „Planety zielonych widm” Prostaka


Autor „Planety zielonych widm” popełnił przynajmniej dwa błędy, które momentalnie wpychają jego powieść w jałowe obszary konwencji. Przed pierwszym z nich przestrzegał Stanisław Lem, który zalecał natychmiast przerwać lekturę, gdy trafimy na bohaterów legitymizującymi się krótkimi, jedno lub dwusylabowymi nazwiskami. Prostak (to nazwisko autora, nie inwektywa) chrzci swoje postacie następująco: Dar, Kir, Mir, Nils, Tor…

Drugi błąd to męczące na dłuższą metę przywiązanie fabuły do jednego głównego wątku, eliminacja wątków pobocznych, brak głębi fabularnej. Czytamy tak naprawdę jedno obszerne opowiadanie rozpisane na niemal 200 stron.

Błąd bonusowy – poczucie humoru autora, który w stresującej sytuacji każe jednemu z bohaterów wygłosić suchy żart stulecia: Mnie oprócz smoczka nic nie uspokoi. Boki zrywać… Dodajmy do tego irytujące zdrabnianie wyrazów, za sprawą czego poważni astronauci brzmią nieziemsko infantylnie.

Stereotypowe rozwiązania są podstawowym budulcem tej książki. Mamy więc załogę Ziemian zmuszoną do awaryjnego lądowania na obcej planecie, mamy Obcych dysponujących niezwykłą techniką. Nasi stają się zakładnikami tubylców, którzy knują coś, do czego nie chcą się zrazu przyznać. Brzmi znajomo, a przynajmniej powinno, gdyż całą powieść czyta się pod dyktando oczywistych wizji.



I choć Prostak raz miał okazję, by tekst przenieść na mniej przewidywalne terytorium, autorowi nie udaje się zejść z kursu, który obrał na samym początku powieści.

Przynajmniej raz napięcie gwałtownie rośnie – Ziemianie mają piętrzące się wątpliwości dotyczące zamiarów mieszkańców planety Saar, wybucha bunt, ale to niebezpieczeństwo niejednoznaczności zostaje szybko ugaszone. Pokój międzygwiezdny zostaje uratowany, a wiara w rozum, człowieka i innych myślących istot w przestrzeni kosmicznej, zostaje dobitnie potwierdzona. 

Finał brzmi tak optymistycznie, tak idealistycznie i dobrodusznie, że podskórnie wyczuwamy tutaj jakiś fałsz. A wspomniana wyżej nieczysto brzmiąca nuta w aseptycznej prozie Prostaka to echo niewykorzystanej szansy na całkiem przyzwoitą książkę, która być może ukazała się jakiejś alternatywnej rzeczywistości. 

sobota, 12 stycznia 2013

Obcy, co psom zejdą z drogi, czyli "Strefy zerowe" Peteckiego

Pomysł wyjściowy jest co najmniej dziwny - w przyszłości Ziemia jest ostoją bezpieczeństwa, spokoju, stabilizacji. Niewiele więcej wiemy. Autorowi to wystarczy, nam być może. Tej oazy na pustyni wszechświata strzeże wyselekcjonowana grupa 1000 mężczyzn. Od wczesnego dzieciństwa uczonych, w jaki sposób efektywnie i zabójczo skutecznie działać w obronie Matki Ziemi. 

Brzmi to naiwnie. Dlaczego akurat 1000, a nie 1500 lub 4763? Czepiam się, chociaż czuję, że mam rację.  

Nasz bohater, wraz z dwoma kompanami, rusza z misją rozwiązania zagadki zniknięcia ziemskich statków kosmicznych, z którymi wcześniej utracono łączność. Istnieje prawdopodobieństwo, że to właśnie Obcy maczali w tym palce (macki?), a Ziemianie zostali uwięzieni lub zanihilowani.

I znów brzmi to trywialnie, trochę "po amerykańsku," a jednak Petecki po jakimś czasie zaczyna pokazywać pazury. Całkiem wiarygodnie rysuje się życie wewnętrzne głównego bohatera - żołnierza Korpusu. To męska, twarda i surowa proza, momentami eksplodująca nieoczekiwanymi fajerwerkami ironii. Dobrze się to czyta... do czasu, gdy Petecki zbyt mocno stara się uchwycić wewnętrzne rozterki bohatera, swoistą psychomachię, kiedy umysł postaci poddawany jest wpływom Obcych. 

Gdyby to sfilmować, widzielibyśmy na ekranie kinowym aktora, który przez 5 minut bez przerwy robi dziwne miny. 

Inną kwestią jest odwieczny problem pisarzy science-fiction (i chyba nie tylko ich) - jak w języku człowieka opisać to, co ludzkie nie jest? Petecki uwija się jak może, by oddać najdrobniejsze szczegóły "obcej" rzeczywistości - krajobrazy, konstrukcje, budynki etc. Dla kogoś, kto nie jest obdarzony wybitną wyobraźnią i nie potrafi wskrzesić obrazów wykreowanych przez autora, będą to partie nudne i pozbawione nerwu. Długie i monotonne jazdy kamery.

Misja naszych bohaterów rzecz jasna kończy się powodzeniem, choć na ich drodze stanęły wytwory obcej techniki, psychiczne ograniczenia, podświadomość, którą umiejętnie potrafili manipulować sami Obcy. Nie to jednak jest najcenniejsze w "Strefach zerowych" - Petecki serwuje nam dziwną wizję cywilizacji, która unika kontaktu, schodzi z drogi intruzom, nie angażuje się w żadne, nawet najsubtelniejsze "osobiste" relacje. 



I choć wizja ta jest tylko delikatnie naszkicowana, jest za to wyjątkowo sugestywna. I momentami piękna, bo autor naprawdę zaskakuje - powieść, która zaczyna się jak historia przygód kosmicznych zabijaków, kończy się wyciszoną filozoficzną kodą. Przedziwna to droga i myślę, że nawet warto nią przejść, bo "Strefy zerowe" wydane w roku 1972 zestarzały się niewiele.

wtorek, 8 stycznia 2013

Grzeczne dzieci w przestrzeni, czyli "Ci z Dziesiątego Tysiąca" Broszkiewicza

Książka ukazała się w 1962 roku. Ponad 50 lat temu! (Niektórych z Was nie było jeszcze na świecie...)

Gdyby ją wznowić, okazałoby się, że to skrzyżowanie powieści dla młodzieży i konwencji science-fiction nieco się zestarzało. Dokonując drobnych poprawek, kilku korekt, opowieść Broszkiewicza da się obronić jako uroczą, optymistyczną, nawet idealistyczną literaturę dla młodszych nastolatków właśnie. Kosmos rozumiany jako dekoracja, odległa przyszłość jako grunt pod fantastyczne wizje - OK. Jednak kreacja bohaterów, tempo wydarzeń, pewne struktura filozoficzna kładąca się cieniem moralizatorstwa - to już razi archaicznością.

Niespieszne dialogi dokumentują zawiązującą się przyjaźń (a może i coś więcej?) pomiędzy trojgiem głównych bohaterów - Ionem, Alkiem i Alką spędzającymi wakacje na rubieżach Wszechświata. Ich rodziny, wybitni naukowcy, badają granice kosmosu, gdy tymczasem dzieci poznają uroki życia na "mechanoplanecie", gdzie całymi dniami mogą nic nie robić. We wszystkim wyręczają je usłużne automaty i robot opiekuńczy z Saturna, Robik. Nuda, krótko mówiąc.

Na ratunek bohaterom przychodzi autor, którego wyobraźnia uruchamia szereg nieszczęść. Strumień meteorytów porywa statki badawcze rodziców. Łączność zostaje zerwana, a zautomatyzowana planeta wariuje. Jedyną szansą ocalenia kosmicznych rozbitków są właśnie nasi dzieli młodzi ludzie. 




Mimo tego, że całość czyta się nieźle, akcja ma dostateczne tempo, a wydarzenia odpowiednią temperaturę emocjonalną, dziełko to nie wytrzymało próby czasu z jednego prostego powodu. Kreacja bohaterów, nastolatków, o których czytać mają ich rówieśnicy, jest mocno oderwana od tego, co wiemy na temat malowniczego wieku dojrzewania.

Ion, Alka i Alek są ujmująco grzeczni, romantycznie zadziorni, momentami wręcz dżentelmeńscy. Jasne, dotykają ich problemy młodości - pierwsze zauroczenie eksplodujące na linii chłopak/dziewczyna - ale przez większość powieści zachowują się, myślą i podejmują decyzje jak dorośli właśnie. 

Być może to strategia pisarska, by dać czytelnikom gotowe wzorce do naśladowania? A może to echo skompromitowanego przeświadczenia, że dziecko to miniaturowa kopia dorosłego?  A może po prostu w 10 tysiącleciu młodzi ludzie bardzo szybko stają się odpowiedzialni i poważni? A może to po prostu Wszechświat tak usztywnia lub amputuje żywiołowość, luz, poczucie humoru?

(Jeśli tak jest, to w życiu nie poślę w przestrzeń moich dzieci.)

"Tych z Dziesiątego Tysiąca" pokrył już kurz. Za późno znalazłem tę książkę. Po prostu. Chociaż trzeba przyznać, że Broszkiewicz, jako fantasta, przynajmniej jeden raz trafnie odczytał przyszłość, której on sam już nie doczekał. 

Jego bohaterka, wyraźnie zgorszona tendencjami, jakie przejawiał jej rodzony brat, mówi:

Ludzkość musi upaść. Co drugi mężczyzna interesuje się poezją, muzyką, filmem albo literaturą. To się źle skończy.

piątek, 4 stycznia 2013

16 ton, czyli "Druga jesień" Żwikiewicza



Lektura jest co najmniej męcząca. To pierwsze, czym mogę się podzielić po przeczytaniu debiutanckiej powieści Wiktora Żwikiewicza pt. „Druga jesień” wydanej w 1982 roku.

Rozbieg jest naprawdę długi – przez pierwszych kilkanaście stron obserwujemy różnego rodzaju i kalibru anomalia, jakie pojawiają się pod każdą szerokością geograficzną. Huczą o tym nagłówki gazet, szepcą o tym przeciętni Ziemianie, niepokojące wiadomości płyną zewsząd. Od Antypodów po zapadłą polską wieś, gdzie bimber leje się strumieniami – wszędzie dzieje się coś.

Światła na niebie, mutujące rośliny i zwierzęta, znikający bez śladu ludzie, suche deski stołów wypuszczają zielone pędy… Ten chaos sprzyja jednak rosnącej ciekawości czytelnika. Czujemy jakieś napięcie. Wypatrujemy niewiadomej. Klasyczne chwyty, kanoniczne dla science-fiction ekspozycje rzadko kiedy zawodzą. Pytanie, co autor zrobi z tym dalej.

A autor tu sobie gwałtownie zmienia kurs. Powieść wpada w ostry zakręt. Stylistyka zmienia się – czytamy, ni z gruszki, ni z pietruszki, jakby pastisz realizmu magicznego, dość męczącą namiastkę tego, co proponowałby taki Cortazar lub Marquez. Jakieś opalone gołe kobiety, jacyś Indianie, jakieś sugestie, że ktoś zmartwychwstał lub chociaż jego zegar biologiczny ruszył wstecz... O co chodzi? - pytałem sam siebie.

Ciężkostrawny to fragment, który meandrując prowadzi tam, gdzie czytelnik powinien być zaprowadzony prostszą drogą.

Czemu to służy? Zaryzykuję stwierdzenie, że autorem kierowała ambicja stworzenia eksperymentu formalnego, jakim było totalne pomieszanie wszystkiego z wszystkim – stylistyk, scenografii, konwencji, nawiązań etc. Pomysł karkołomny. Powieść science-fiction okazała się mieć zbyt słabe zawieszenie, by udźwignąć ten śmiały koncept.



Nie to jednak jest najgorsze – najgorsze są duszne, emocjonalne i do bólu autotematyczne partie, na przestrzeni których sam autor dokonuje przedziwnej analizy procesu pisania powieści fantastyczno-naukowej. Bada ograniczenia gatunku, zawodzi nad straconymi szansami, jakie fantastyka mogła wykorzystać, by pełniej i mądrzej świat opisać, przewidzieć jego dalsze losy. 

Żwikiewicz klasycznie przedobrzył - "Druga jesień" miała być powieścią samoświadomą, zadającą mądre pytania, przyglądająca się ważnym problemom - niestety, tekst padł pod ciężarem zamiarów autora. Nikt przy zdrowych zmysłach nie odda sterów myśliwca komuś, kto do tej pory latał głównie szybowcami. 

Nie jest to szlachetna porażka - to porażka kogoś, kto doskonale zna bariery gatunku, w jakim chce się realizować, i próbuje na siłę spakować szesnastotonowy bagaż swoich pomysłów do podróżnej walizki.

Wiemy, czym to się może skończyć - autor jest rozgoryczony, walizka zniszczony, a całej reszty nie sposób pozbierać.

Bo nie da się pozbierać tej chaotycznej, pozbawionej komunikatywnej intrygi opowieści o zwariowanej Ziemi, o Obcym, który nagle zamieszkał w ciele człowieka i prowadzi z nim beznadziejnie nudne dialogi. O czym tu jeszcze było? Diabli wiedzą! Zapomniałem, a czytałem.

Porażka na całej linii. Strata czasu, chociaż to niewiele ponad 200 stron druku. 

Szkoda, że od takiego niewypału rozpoczynam moją przygodę ze starą polską fantastyką...

wtorek, 1 stycznia 2013

Kolacja w ciemnościach, czyli "Po tęczy" Sosnowskiego


Gdy w recenzji jednej z książek Andrzeja Sosnowskiego Marcin Świetlicki napisał:

Znacie państwo takiego poetę? Wyjątkowo medialna postać naszej literatury. David Bowie poezji polskiej. Przystojny, wrażliwy. Anglista. Tłumacz. Podróżnik. Elegant. Koneser. Meloman. (...) Co wynika z nowej książki Andrzeja Sosnowskiego? Nic. Tylko przyjemność obcowania. Przyjemność przedzierania się przez piękne meandry, przyjemność tajemnicy. 

zapomniał chyba dodać, że wspomniany gwiazdor rocka ostatnią dobrą płytę nagrał w 1980 roku (Scary monsters and super creeps), a jego wpływ na współczesną muzykę jest już tylko i wyłączenie ograniczony do podpierania swoim nazwiskiem młodych zdolnych artystów. 

Ta brakująca informacja chyba najlepiej ilustruje pewien proces, którego ofiarą stali się czytelnicy poezji w Polsce (są jacyś na sali?). Proces zatrważający, przeprowadzany zakulisowo, przy stolikach, gdzie recenzenci, akademicy, wydawcy i sami twórcy spotykają się, by ustalić, kto kim będzie w nadchodzącym sezonie. 

Oczywiście analogia z "drukowaniem" (nomen omen) rozgrywek piłkarskich jest ściśle zamierzona. A słowa M. Świetlickiego między wierszami przemycają niewygodną prawdę o stanie, w jaki wprowadzono polską poezję. "Przyjemność przedzierania się przez tajemnicę" - tak się pisze, gdy nie wiadomo, co napisać o tekstach kolegi. A mówi się: "Ona ma wysublimowaną urodę", gdy opisujemy komuś brzydką żonę dobrego kolegi.

Tak, Sosnowski brzydko się starzeje. Pierwsze tomy autora były czymś niesamowicie odkrywczym dla polskiego czytelnika, choć na tle działającego już od dziesięcioleci Johna Ashbery'ego prace autora "Życia na Korei" wyglądały jak owoc klasycznego wożenia drewna do lasu. 

Kryzys pojawił się gdzieś o okolicach tomu "Gdzie koniec tęczy nie dotyka nieba." Tam zgasił ostatnie świeczki sensu. Jemy w ciemności. Nie wiemy, nie rozumiemy, nie ogarniamy ponoć "wiekopomnych projektów", "wielopoziomowej gry słów, melodii, rytmów i tropów." Jesteśmy po prostu za głupi na Sosnowskiego, który każdy swój wiersz komponuje "wirtuozersko." 

Książka podaje nam na tacy zlepki nierozpoznawalnych komunikatów. Mnoży ścieżki prowadzące donikąd. Smaki krzyżują się na podniebieniu. Wersy ześlizgują się z widelców, z łyżek. Nożem niczego nie ukroimy. Jesteśmy bezradni, ponieważ ktoś tu sobie z nas bezczelnie kpi. Tego nie da się zjeść. Szef kuchni stoi w progu swego królestwa i z satysfakcją obserwuje, jak desperacko próbujemy nadgryźć jego propozycje.



Wmawianie czytelnikom, że późniejsza twórczość Sosnowskiego warta jest wszelkich zachwytów, a jeżeli nas nie zachwyca, tośmy głupi i niedojrzali, stało się ulubioną dyscypliną krytyków zaprzyjaźnionych z gromadką siedzącą przy opisanym wcześniej stoliku. A upór, z jakim forsują tezę jakoby każdorazowo autor przekraczał kolejne granice możliwości poezji, aż prosi się o jakąś zgrabną teorię spiskową.

Posłuchajmy wiernego wyznawcy, Grzegorza Hetmana:

Słowa, frazy, cytaty, powtórzenia tworzą tu strefę wzmożonego ruchu, zwiększonego przyciągania; wielokierunkowa energia języka przybiera dowolne kształty, lecz zanim okrzepnie w jakiejś znajomej, rozpoznawalnej postaci, natychmiast przelewa się w coś innego. Cały ten chaos sprawia jednak wrażenie sprawnie kontrolowanego. 


Co nam to mówi o czymkolwiek? NIC. Pozostaje pusta gra. Żonglerka zakochanej w sobie poezji, która nawet nie podejrzewa samej siebie, że bełkocze, nic jej nie kontroluje, nic nie ma szans na dotarcie do nikogo. Nie jest de facto potrzebna nikomu oprócz tych, którzy wmawiać będę innym (i brać za to pieniądze, oczywiście...), że jest to literatura unikalna i wielka. A nie jest! To poezja pustych malowniczych gestów. Wideoklip bez muzyki. Woltyżerka pod nieobecność konia.

Te gorzkie słowa z łatwością dopasujemy do trzech ostatnich premierowych książek Sosnowskiego. Projektów (kocham to słowo w kontekście poezji właśnie...) nieudanych. Zrywających jakąkolwiek łączność autora z odbiorcą. 

Jak śpiewał w latach 80 Morrissey w The Smiths:

Hang the blessed DJ
Because the music that they constantly play
IT SAYS NOTHING TO ME ABOUT MY LIFE


Cóż, wieszać Sosnowskiego nikt chyba nie będzie, ale wątpię, by kiedykolwiek miał coś do powiedzenia  swoim czytelnikom o ich życiu...