czwartek, 18 kwietnia 2013

Siła zdań pojedynczo złożonych, czyli "Posłaniec" Zusaka


Bardzo łatwo jest solidnie wybatożyć powieść Marka Zusaka pt. „Posłaniec.” To tak proste, że wręcz nie sprawia przyjemności wykonującemu wyrok recenzentowi. Można tę urbanistyczną baśń porównać do takich dzieł filmowych jak „Amelia” lub, o zgrozo, „Taksówkarz.” Można zarzucić zbyt pocieszające wnioski idące w parze z naiwnym przeświadczeniem o tym, że każdy z nas może zmienić świat, choćby w skali mikro. Wystarczy pchnąć bliźnich w stronę dobra lub zepchnąć ich ze ścieżki zła, by przywrócić elementarny ład w sferze moralnej.

Dodajmy do tego zakończenie książki, które przenosi nas w sferę rozważań metaliterackich, o których nie chcę mówić, by nie zdradzać pointy. Jednakowoż nawet ten koncept pojawia się od czasu do czasu w innych powieściach, książkach i komiksach.

Cóż więc broni „Posłańca”? Przede wszystkim ładny, nawet realistyczny momentami obraz życia w małym australijskim mieście, gdzieś na przedmurzu wielkiej metropolii. Obraz życia monotonnego, pozbawiającego perspektyw, zamykającego w ciasnych ramach skromnych propozycji, jakie oferuje naszym bohaterom rzeczywistość. Główny bohater to dwudziestoletni taksówkarz, żyjący z dnia na dzień, otoczony trójką równie dryfujących znajomych. Czas płynie im leniwie na wykonywaniu odmóżdżających zajęć i namiętnej grze w karty. Kalendarz regulują obchodzone od niechcenia święta, rozgrywki futbolowe, kolejne spotkania. Nie dzieje się nic, o co mógłby się zahaczyć sens.

Stolik do kart czeka

Uczucie pustki, beznadziei, przegranego życia jest mi bliskie z wielu powodów, a Zusak opisał je w sposób bardzo dobry.

Ta ziemia jałowa nagle ożywa, gdy główny bohater zostaje wciągnięty w tajemniczą grę – ktoś podsyła mu kolejne karty do gry, na których zaszyfrowane informacje wskazują ludzi mających mniejsze lub większe problemy. Kobieta maltretowana przez męża, ksiądz w pustym kościele, para wiecznie kłócących się braci, wyobcowana rodzina emigrantów… - im wszystkim będzie musiał pomóc nasz taksówkarz. Udaje mu się – jak nie groźbą, to prośbą rozprawia się z niesprawiedliwością, głupotą, agresją.

Powieść szybko nabiera tempa. Iskrzy miejscami niewymuszonym humorem. Pojawiają się sympatyczne, choć niejednoznaczne postacie. Pojawiają się morały, bo w końcu każda przyzwoita baśń czymś takim musi się skończyć. Pojawia się chwila zadumy, optymistycznej refleksji, która, jak dobrze pójdzie, potrwa jakieś 15 minut.

Świata po tej lekturze nie zbawimy, ale zagwarantowane mamy kilka godzin przyzwoitej lektury.

Odrębną sprawą jest język powieści. Zusak operuje szybkim i precyzyjnym obrazowaniem. Czytelnicy przyzwyczajeni do klimatu zbudowanego z piętrzących się opisów, meandrycznych fraz, nie znajdą tu ukojenia. Autor kilkoma silnymi pojedynczymi zdaniami jest w stanie zagospodarować całkiem sporą przestrzeń świata przedstawionego. Dużo tu metafor, skrótów myślowych, krótkich sekwencji.

Dużo tu powietrza pomiędzy następującymi po sobie obrazami. Oddycha się, oddycha…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz