czwartek, 4 kwietnia 2013

Do przodu na ręcznym, czyli "Marcjanna i aniołowie" Zimniaka



Jednym z nielicznych internetowych śladów istnienia powieści Andrzeja Zimniaka pt. "Marcjanna i aniołowie", jest dość lakoniczna i uroczo spontaniczna wypowiedz użytkowniczki portalu Lubimy Czytać. Niejaka Serir pisze tak: „Podejrzewam, że jakbym się upiła, to chyba lepsze głupoty by mi wyszły na papierze, niż ta cała Marcjanna.”

I choć jest to może nieco krzywdząca opinia, coś jest na rzeczy, bowiem tekst tej wydanej w 1989 roku powieści rzeczywiście jest dość oryginalny i czasem wydaje się, ze nie tylko trzeba było kilku głębszych, by ten utwór napisać, ale potrzeba tez czegoś równie silnego, by przebić się przez dziwaczny, irytujący, momentami nudny, a czasem hipnotyzujący tekst.

Już sam zarys fabuły daje niezłe pojęcie o tym, czego możemy się spodziewać. Główny bohater, Arystidas Grey (dość popularne nazwisko w polskiej powieści science-fiction, dziś zawłaszczone przez pseudopornograficzne wynurzenia dla nimfomanek-gawędziarek), zostaje wyprowadzony z domu przez wszechwładne służby specjalne, by wraz z grupą innych nieszczęśników zostać zaangażowanym w tajemniczą kosmiczną misję. Bohaterowie lądują na planecie Kariatyda, którą mają spenetrować.

I wszystko byłoby jak Pan Bóg przykazał, gdyby nie fakt, że 3/4 bohaterów dość malowniczo ginie przy próbie lądowania, a ocalała dwójka (Grey i Vivaldi, tak, tak jak ten skrzypek.) trafia raz za razem do dziwacznych równoległych światów - raz do głębokiego, obrzydliwego średniowiecza, inny razem do fantasmagorycznego świata przyszłości.


Nie tak dziwne jak powieść Zimniaka...

Powieść kończy się niczym. Urywa się, zataczając kolo, wracając do punktu wyjścia.

Cóż, trafił się Zimniakowi całkiem niezły koncept. Kariatyda to tak naprawdę ogród zoologiczny, który założyli Obcy, by przyglądać się ludziom na rożnych etapach ewolucji. ZOO rozłożone w czasie. Jego mieszkańcy nieświadomi tego faktu - to brzmi intrygująco, ale…

No właśnie - znów muszę wytknąć starej polskiej fantastyce jeden z jej najcięższych grzechów. Akcja nie może tak po prostu iść przed siebie. Nie, to by było za proste. Autorzy MUSZĄ uraczyć nas męczącymi retardacjami. Obszernymi partiami nudnych, rozwlekłych i niesamowicie zbędnych rozważań o pryncypiach. O wartościach, człowieczeństwie, prawdzie, kłamstwie, poświęceniu i odwadze.

Oczywiście są to tematy często poruszane przez literaturę fantastyczno-naukową, ale, na Jowisza! nie w samym sercu krzątaniny, gdy na bohaterów czyha cala wataha Obcych, lasery zrywają czapki z głów, a wehikuł czasu rzuca postaciami na lewo i prawo. Nie, na to nie ma mojej zgody. To moim skromnym zdaniem instrumentalizacja gatunku, który W DRUGIEJ KOLEJNOŚCI służy noszeniu cięższych ładunków - filozofii i ideologii.

Zimniak wyraźnie i klasycznie przedobrzył. Zamykać swoją drogą doskonały koncept w bezbarwnej otoczce filozoficznej paplaniny to rzadka umiejętność. Barwna przygodowa warstwa i plastyczna wizja, której autor nie pozwolił się rozwinąć. To próba włączenia do ruchu samochodu, któremu zaciągnięto hamulec ręczny.


2 komentarze:

  1. O rany, czytałam to. Ale pamiętam, ze czytałam, tylko przez to dziwne imię w tytule, nic innego mi w pamięci nie zostało. Z tego, co widzę, dużo nie straciłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaiste... niewiele tu jest do zapamiętania.

      pzdr

      Usuń