wtorek, 28 maja 2013

Świat baaardzo nieistniejący, czyli "Gorąca linia z Wężownika" Varleya

„Gorąca linia z Wężownika” to czystej postaci literatura rozrywkowa. Lunapark science-fiction, który niekoniecznie musi posiadać drugie dno i głębokie humanistyczne przesłanie. Nie musi i bardzo dobrze.

Niektórzy czytelnicy s-f uwielbiają być zrzucani bez spadochronu na terytorium całkowicie obcego świata przedstawionego. Paszcza baaaardzo odległej przyszłości lub cholernie dalekiej planety zamyka się nad nimi, a oni muszą się sporo napocić, by zrozumieć logikę miejsca, w jakim się znaleźli. Krajobrazy, miasta, wygląd, reguły społeczeństw, historia przyszłości... Wszystkiego muszą nauczyć się od nowa i czasem zadanie to bywa naprawdę trudne.

Pal sześć, gdy autor jest świetnym rzemieślnikiem i potrafi sugestywnie, ale nie nadużywając cierpliwości odbiorców, odmalować OBCOŚĆ. To cholernie trudne, gdy sobie pomyślimy na serio o czymś, czego (jeszcze) nie ma i mamy z tego zdać relację. Dużo gorzej, gdy autor ma wizję, ale ubiera ją w słowa pokracznie, nie bierze pod uwagę ograniczeń języka, w którym brakuje z oczywistych względów odpowiedników tego, co podyktowała mu wyobraźnia. Czytelnik męczy się i męczy, aż w końcu poluje tylko na same dialogi, by mieć chociaż chwilę spokoju i wrażenie, że panuje nad tekstem.

John Varley, autor "Gorącej linii z Wężownika", doskonale wywiązał się z roli przewodnika po świecie bardzo nieistniejącym.



Rok 2050. Układ Słoneczny odwiedzają niemiło nastawieni Obcy, którzy szukają na Ziemi śladów inteligentnego życia. Na nieszczęście dla nas samych, wg kryteriów przyjmowanych przez nieproszonych gości, inteligentni nie jesteśmy i w odróżnieniu od delfinów i wielorybów, nie ma co z nami rozmawiać. Obcy demolują Ziemię, a resztki rodzaju ludzkiego osiedlają się w odmętach Układu Słonecznego.

Ale to tylko preludium – akcja książki dzieje się około pięciuset lat później, gdy… cóż, przytoczenie całej listy pomysłów, którymi zasypuje nas Varley, wydaje się być niemożliwe. Wybujała, niemal barokowa wizja, roztacza się, przytłaczając czytelnika mnogością szczegółów, które jednak nie nadużywają jego możliwości percepcji. Wszystko wprowadzane jest do tego stopnia umiejętnie, że nie odczuwamy zamaszystych gestów Varleya jako zbyt inwazyjnych, drapieżnych.

Inżynieria genetyczna, podróże międzygwiezdne, klonowanie, wszczepianie pamięci, która u Varleya staje się bramą do swoiście rozumianej nieśmiertelności; z odmętów kosmosu w kierunku Ziemi płynie szeroki strumień informacji (tytułowa „gorąca linia”) wykorzystywany przez przypadkowych słuchaczy do popychania rozproszonej ludzkości na drodze postępu. Z czasem okazuje się, że nie ma nic za darmo i za podsłuchiwane informacje należy uregulować należność...

W tej całej zamieci pomysłów dzielnie porusza się główna bohaterka, Lila, wyjęta spod prawa renegatka, która na usługach potężnego mocodawcy staje się bohaterką iście bizantyjskiej intrygi.

Powieść trzyma formę nawet po 30 latach od swojej premiery. Nie zestarzały się wizje modyfikacji biologicznych, które pozwalają dowolnie zmieniać płeć, egzystować w próżni kosmicznej lub doznawać nieludzkich wręcz rozkoszy erotycznych. Sama fabuła, mimo meandrów i epizodów prowadzących pozornie donikąd, jest czytelna i daje sporo satysfakcji osadzenie jej w świecie, z którego wyparowało wszystko, co swojskie i przewidywalne.

wtorek, 21 maja 2013

Must be the poetry, czyli "Połów. Poetyckie debiuty 2012"


Rzadki fenomen! Czytamy jedną książkę, którą napisało ośmiu autorów brzmiących jak jeden autor!
Tom wydany przez Biuro Literackie zbiera efekty cyklicznego projektu „Połów”, który ma za zadanie wyłowić najciekawszy młodych poetów nielegitymizujących się jak dotąd dorobkiem wydawniczym. Zestawy wierszy okraszono laudacjami związanych z Biurem uznanych już autorów i krytyków. Karol Maliszewski, Marta Podgórnik, Roman Honet i Joanna Mueller starają się przekonać czytelnika, że warto się wsłuchać w głosy „najlepiej rokujących polskich poetów przed debiutem książkowym”. 
Cóż, same laudacje są chyba najciekawszą częścią całej książki, co dobitnie pokazuje jej egzotyczny charakter tego wydawnictwa. Starzy wyjadacze odpowiedzialni za wprowadzenie na szersze wody debiutantów robią, co mogą, by usprawiedliwić swoje wybory. Momentami wygląda to autentycznie dramatycznie, gdy frazy banalne, jałowe, dławiące się wielosłowiem, zmanieryzowane lub po prostu epigońskie podpierane są erudycyjnymi popisami Marty Podgórnik i Spółki. 
Jak więc brzmi rokująca ósemka? Wyjątkowo spójnie, z paroma miłymi zgrzytami, które rozpraszają monotonię prezentowanej poezji. Monotonię polegającą na tym, że wszystkie niemalże wiersze uciekają od widzialnej, namacalnej i konkretnej rzeczywistości, mnożąc wyrafinowane konstrukcje językowe, kodując oczywistości lub gubiąc się w „fajnych” zdaniach, pod którymi nie kryje się nic poza zachwytem potencją języka poetyckiego. 

Młodzi zdolni i na dobrej drodze do zapomnienia...

Niewiele zostało we mnie po lekturze kilkudziesięciu wierszy o zmiennych stanach emocjonalnych podmiotów lirycznych, bo zbyt hermetycznie zamknęli autorzy swoje światy na tych, do których chyba powinni pisać. Nie łączę się z nimi w bólu, tęsknocie, pożądaniu, cierpieniu, nawet w prostym fakcie obserwacji, bo niemal programowo musi być on zakłócony figurą stylistyczną, słowną ekwilibrystyką, erupcją niewytłumaczalnego, pochodzącego znikąd obrazu. 
Smutne to, że mając do dyspozycji tak niewyobrażalny zestaw możliwości, wiersze te w większości mogłyby być napisane przez jednego, góra dwóch autorów zapatrzonych w popularne tendencje i silne nurty obecne w polskiej liryce. Krajobrazy – wewnętrzne i zewnętrzne – są niezwykle do siebie podobne. Wyznania, osobiste dramaty, ścina chłód wystudiowanych póz lub zbyt zamaszystych, nawet jak na debiutantów, pohukiwań. 
Czy z tych złowionych ryb będzie chleb, czas pokaże. Wiem, piszę asekurancko i ostrożnie, ale doświadczenie uczy, że tylko garstce debiutantów udaje się na dłużej utrzymać na powierzchni literackiego życia. A nie mi wyrokować, kto z przedstawionej nam ósemki zadebiutuje pełnowymiarową książką. Lecz przyparty do muru wskazałbym na zaangażowanego, czasem wściekłego Seweryna Górczaka oraz na uczciwie patrzącego na siebie i świat Szymona Słomczyńskiego.
Może oni, może kiedyś…
Cała reszta utonie w odmętach niepamięci. Wydawnictwo odhaczy kolejny punkt w swoim "Wielkim Planie Budowania Nowej Polskiej Poezji", zaprosi autorów na kilka spotkań i...
Wyobrażam to sobie tak:  Wpadniesz do mnie wieczorem. Pokażę ci moją kolekcję płyt. A! I książkę mi kiedyś wydali... Poczytamy razem?

poniedziałek, 20 maja 2013

Koń... Krowa, kura, kaczka, droga na Ostrołękę, czyli Dehnel czyta Iwaszkiewicza


Obmacywanki z nieboszczykami nie są żadną miłą okolicznością. Obserwatorzy procederu mogą być zniesmaczeni. Obmacywacz udaje, że wszystko gra, a macanemu i tak już jest wszystko jedno.

Jacek Dehnel, uznany (w środowisku przyznającym sobie wyróżnienia) poeta i tłumacz, twórca bezpieczny, ktoś w rodzaju Stinga skrzyżowanego z Kennym G., elegancki i wytworny dandys, podjął się trudnego zadania skomponowania zestawu wierszy, które miał wyłowić z gigantycznych rozmiarów dorobku poetyckiego Jarosława Iwaszkiewicza. Kolejnego pięknisia (do czasu oczywiście) polskiej literatury. 
Zdecydował się to zrobić, nie kierując się żadną konkretną „optyką”, nie szukając kluczy nigdzie indziej jak tylko w katalogu własnych olśnień, zauroczeń i odkryć. Zaś owoce swojej pracy podsumował w obszernym, zbyt erudycyjnym posłowiu, jakie zamyka najnowszy wybór wierszy Skamandryty pt. „Wielkie, pobrudzone, zachwycone zwierzę.” 
Tak się bawiłem, czytając ten tomik

Niestety, wybór ten nie jest owocem żadnej ryzykownej gry z tradycyjnymi odczytaniami Iwaszkiewicza. Tomik zaledwie potwierdza to, co już wiemy o wielkim poecie. Umacnia granice, nie zdobywając nowych terenów. Iwaszkiewicz sam w sobie jest twórcą niejednoznacznym (to słowo doskonale opisuje zarówno biografię, jak i naturę twórczości). Jego królestwo to parnasistowskie szczyty, gdzie imponuje dyscypliną rytmu i krystaliczną dykcją, ale również minimalistyczne impresje, pozbawione stylistycznych błyskotek i patetycznych figur. 
Miłość, śmierć, tęsknota, życie… - każdy z przejawów egzystencji znajdzie swoje odbicie w tej klasycznej poezji. Raz lepszej, raz gorszej. Jednakowoż niemal w każdym wymiarze należącej już do tradycji, nie do żywego nurtu, jaki może inspirować, porywać, dławić...
Skromny tomik budzi więc moje spore wątpliwości. Dlaczego? Bo nie wiem, jaki był sens jego wydania. Możemy zapytać, czy proponowany zbiór ożywi zainteresowanie liryką Iwaszkiewicza? Czy liryka ta mówi cokolwiek współczesnemu czytelnikowi przyzwyczajonemu do „innych języków”? Czy nie brzmią zbyt zachowawczo słowa Dehnela, który oddając głos swoim prywatnym objawieniom, rezygnuje jednocześnie z szansy poskładania Iwaszkiewicza na nowo? 
Chyba jednak potrzebny był bezczelny, chuligański gest zrównujący z ziemią pomnik Poety, by na jego gruzach spróbować postawić pomnik nowy. Dziś, zamiast fermentu, ożywczego zestawu, otrzymujemy perfekcyjnie skomponowane perfumy. Zapach elegancki i klasyczny, ale przewidywalny, pozbawiony nuty niejednoznaczności i niepokoju. 
Smooth jazzowe usypiające smuty, jakie można sobie zaserwować w pogodne niedzielne popołudnie trawiąc dwudaniowy obiad. 

wtorek, 7 maja 2013

Za dużo grzybów w kapeluszu, czyli "Pierścień wokół Słońca" Simaka


Wydawać by się mogło, że największą ambicją Simaka jest ciągłe zaskakiwanie czytelnika. Niestety, nie jest to dla czytelnika najszczęśliwsza wiadomość.

„Pierścień wokół Słońca” Clifforda Simaka to przez wielu miłośników gatunku powieść uznana za działo kanoniczne. Szlachetny i niemal wzorcowy przykład realizacji założeń konwencji. Ja jednak z przykrością muszę stwierdzić, że dzieło to pożarł już robak czasu lub przynajmniej nieźle je nadgryzł.

Udany początek nie zapowiada galopady cudowności, zbyt późno tłumaczonych przez kolejne nieco nerwowe ruchy fabuły. Dostajemy do rąk ciekawą wizję świata zalewanego przez „cudowne” towary niewiadomego pochodzenia – tajemnicza korporacja handluje śmiesznie tanimi samochodami, które nigdy się nie psują, maszynkami do golenia, które nigdy nie stępi najtwardszy nawet zarost, domami, które same generują energię potrzebną w ich eksploatacji.

Klienci są zachwyceni, gdy płacąc grosze (czyli centy) radykalnie polepszają swoją egzystencję. Jednak gospodarka kapitalistyczna znosi to wszystko dużo gorzej – plajtują dostawcy energii, producenci maszynek do golenia i fabryki „normalnych” samochodów. Zaczyna się robić nerwowo na starej dobrej Ziemi…

Bohaterem Autor czyni pisarza, który nie dość, że dostaje zlecenie opisania całego tego wariactwa, to jeszcze sam zdaje się być zamieszany w wydarzenia, których sens zaczyna powoli odkrywać.

Mutanci, androidy, rozszczepione jaźnie, niezwykłe wynalazki, podróże w kierunku równoległych światów, telepatia – za dużo grzybów w jednym barszczu czyni „Pierścień wokół słońca” dziełem ciężkostrawnym, pozbawionym lekkości. Przelewa się  przez czytelnicze ręce jak wielki worek wypełniony półpłynną zawartością.



Co najgorsze, Simak stara się zaskakiwać czytelnika niemalże w każdym rozdziale. Udaje mu się to znakomicie, ale dość szybko bywa przerażająco nudne i, paradoksalnie, przewidywalne. Co i rusz odsłania przed nami tajemnice, machinacje na skalę kosmiczną, które  kwitujemy wzruszeniem ramion. Za dużo królików z jednego kapelusza czyni tę książkę po prostu męczącą.

środa, 1 maja 2013

Sen się wyśnił, czyli "Handlarze kosmosem" Pohla i Kornblutha


Jeżeli budzisz się rano i pierwszą Twoją myślą jest skonkretyzowane marzenie o kubku gorącej parującej Nescafe, gdyż „wierzymy, że każda, nawet najzwyklejsza chwila w ciągu dnia może dostarczać nam niezwykłej przyjemności – począwszy od pierwszego łyku aromatycznej, gorącej kawy o poranku, a skończywszy na popołudniowym relaksie z kawą Latte czy Cappuccino…”

Jeżeli zamykasz dzień, sięgając po butelkę Tyskiego, które jest „niekwestionowanym liderem polskiego rynku piwa. Od lat zdobywa uznanie zarówno w kraju jak i zagranicą. Wielokrotnie zostało uhonorowane najbardziej prestiżowymi laurami branży piwowarskiej. Koneserzy piwa cenią w Tyskim łagodny chmielowy zapach, złocisty kolor oraz gęstą białą pianę.”

Jeżeli w ciągu dnia nucisz melodyjki ilustrujące krótkometrażowe filmiki o przygodach gumy do żucia, margaryny lub proszku do prania, a Twoje dowcipne pointy, jakimi bawisz towarzystwo, to hasła wymyślone przez anonimowych copywriterów.

(Copywriterzy zastąpili poetów – poeci dziś produkują niezrozumiałą bełkotliwą magmę, copywriterzy opanowali do perfekcji sztukę tworzenia silnych, zwartych komunikatów. Dziś Lord Byron pracowałby w agencji reklamowej…)

Jeżeli żyjesz w świecie (ponoć) przeludnionym, który bezlitośnie wyrywa ze swoich wnętrzności wszelkie surowce. Konsumujesz, nie mając pojęcia, że pracują dla Ciebie dziesiątki, jeśli nie setki nieszczęśników urodzonych pod niewłaściwą szerokością geograficzną.

Jeżeli ponadkontynentalne korporacje  decydują o istotnych kwestiach dotyczących Twojego życia, a rząd (ponoć mający Cię reprezentować) spełnia tylko dekoracyjną, teatralną wręcz funkcję.

Jeżeli to wszystko, to znaczy, że żyjesz w roku 2013, albo należysz do świata przedstawionego „Handlarzy kosmosem”, powieści autorstwa Fridericka Pohla i C.M. Kornblutha. 



Powieści wydanej w roku 1953.

60 lat temu!