wtorek, 3 marca 2015

Dlaczego mam czytać nudne książki, czyli "Zwodne światło" Kiplinga

Danina literackim bóstwom złożona. Sięgnąłem w otchłań czasu i posłużyłem się potrójnym kluczem wyboru książki: chwyciłem pozycję starą (rok pierwszego wydania 1890), klasycznego autora (Noblista Kipling) i niemającą w polskiej blogosferze żadnego chyba dłuższego omówienia.

Nie powiem, bym czytając „Zwodne światło”, debiutancką powieść autora „Księgi dżungli”, przeżył wielkie czytelnicze święto. Miałem wciąż pod górkę i pod wiatr – para głównych bohaterów była wielce irytująca, melodramatyczny ładunek był upiornie ciężki, choć być może kiedyś ściskał czyjeś serce. Rozwiązania fabularne, wybory postaci, gesty, dialogi były mi całkowicie obce. Jeżeli Kipling wiernie sportretował pewien stan świadomości Anglików epoki Imperium Brytyjskiego, to powiem szczerze, że nie chciałbym mieć z nimi za dużo do czynienia. Czułem się, jakbym czytał o zupełnie obcej rasie kierującej się irracjonalnymi pobudkami, dziwacznymi imperatywami, które zatruwają życie wszystkim naokoło.

Fabuła? Proszę: poznali się w młodości, potem on wyjechał na wojnę i wrócił do kraju opromieniony sławą „wojennego reportera” (nasz mistrz po prostu wysyłał do angielskich gazet rysunki z okropnościami). Przez moment rozkoszuje się sławą, ale w jego życiu pojawia się poznana w młodości dziewczyna, utalentowana plastycznie, ale w stopniu ciężkim… Niby się w sobie zakochują, ale ich rozmowy o uczuciach brzmią tak, że zęby bolą. Tyle chłodu, dystansu i certolenia się dawno nie uświadczyłem… Jeżeli takie są/były Angielki, to nic dziwnego, że Sherlock Holmes był starym kawalerem.



Punktem zwrotnym opowieści staje się wyzwanie, jakie podejmują nasi bohaterowie. Kto z nas lepiej namaluje Melancholię? Pretensjonalnie brzmi, prawda? On zaczyna malować, ale nagle dostrzega, że pojawiają się u niego kłopoty z oczami. Widzi coraz gorzej na skutek odniesionej onegdaj rany. Jedynym ratunkiem jest (uwaga, uwaga) wódka, która przywraca mu na chwilę ostrość widzenia.

Nawet tego nie komentuję, bo czerstwe dowcipasy to ponoć moja specjalność…

Malarz kończy dzieło, definitywnie ślepnąc. Natomiast jego narzeczona (czy Bóg wie, kim ona tam dla niego jest…) sprowadzona specjalnie z Paryża z tej okazji, nie decyduje się zaopiekować niewidomym malarzem. Ten zaś usłyszawszy o wybuchu kolejnego konfliktu w Afryce, pakuje się na statek, potem na wielbłąda, z którego zsiada, by zostać trafionym kulą na pierwszej linii frontu.

Proszę. To prawie całość.

Ciężko mieć sentyment do tych zamrożonych w czasie wiktoriańskich typów. To, co wbiła nam do głowy kultura na temat eleganckich i honorowych dżentelmenów oraz pięknych i inteligentnych dam, nijak ma się do tego, czym częstuje nas Kipling. „Zwodne światło” to pompatyczna, pozbawiona pozytywnych bohaterów opowieść. Żadnej nauki z tej historii wyciągnąć nie umiem. Najchętniej kijem rozgoniłbym to całe towarzystwo, dzięki któremu zmarnowałem kilka godzin życia.

A z drugiej strony pomyślałem sobie, że czasem warto spędzić czas z książką, o której wiemy, że niczego nie zaoferuje nam w zamian za nasze zainteresowanie. Zmęczy nas, znudzi, nauczy szukać sobie innych interesujących zajęć takich jak na przykład pastowanie podłogi. Z ludźmi będziemy mieli podobnie, wpadło mi do głowy – przyjdzie nam spędzać czas z (teoretycznie) przedstawicielami tego samego gatunku, ale ich problemy, ambicje, historie, przyjemności obchodzić nas będą tyle co nic. 

Mając na czytelniczym koncie takie dzieła jak „Zwodne światło” być może będziemy  w pewnym stopniu uodpornienia na ich trudne towarzystwo.


Powiedziałem. 

4 komentarze:

  1. No i pięknie, choć smutno, odpowiedziałeś sobie, melancholijną pointą, na pytanie zawarte w tytule.
    Zaiste, Anglicy to zupełnie obca rasa.
    Melancholii natomiast nie da się dobrze namalować bez wódki.
    Lektura czerstwa, ale recenzja... hoho, jak sprowadzona z Paryża! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podziękujmy polskiej służbie zdrowia za to, że umożliwiła mi w komfortowych warunkach rozpracować tego melodramatycznego gniota.

    ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. No nie wiem, dla mnie nuda w książkach to najgorsza wada. Zawsze mnie zastanawia co właściwie myślał sobie autor, tworząc takiego gniota.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, nuda jest śliską kategorią. Wiemy, że mnie mogą nudzi teksty, które Tobie nie pozwalają zasnąć, i odwrotnie. A poza tym książki też się starzeją. Dość brzydko, powiem. Wrażliwość lekturowa poprzednich pokoleń, stuleci, epok może się całkowicie różnić od naszej. Kipling pewnie myślał, że tworzy porywający dramatyczny utwór. I kiedyś pewnie "Zwodne światło" taką książką było.

      Pozdrawiam.

      Usuń