wtorek, 17 marca 2015

Jak przygoda to tylko, czyli "Mroczne materie" Pullmana

To był jak zwykle przypadek. Nic innego nie kierowało moim kolejnym czytelniczym wyborem. Leżałem w szpitalu, trzymałem czytnik wypchany wszystkim, co tylko możliwe – od poezji, przez episode guide’y „Star Treka” i twarde science fiction, do „Rodziny Połanieckich.” Kolejno eliminowałem co cięższe teksty, nie chcąc pogrążać się w odmętach skomplikowanych, wieloznacznych i enigmatycznych utworów. Chciałem rozrywki, akcji, emocji, napięcia i przygody… I nie celując, trafiłem w punkt.

Pierwsza część trylogii Philipa Pullmana „Mroczne materie” dostarczyła mi starej dobrej czytelniczej przyjemności, z którą już dawno do czynienia nie miałem. Coś pierwotnego i przesyconego duchem opowieści zagnieździło się na kartkach tej książki, nie pozwalając na dłużej się od niej oderwać.

Kiedy się budzą emocje? – zapytałem sam siebie po kilkudziesięciu stronach powieści i dość szybko sam sobie odpowiedziałem – kiedy wyłączymy intelekt i damy się porwać strumieniowi wypadków, energii obrazów, plastyczności wizji i galopadzie pomysłów. Pullman otworzył śluzy wyobraźni i spowodował, że jego dzieło błyszczy tym niezwykłym światłem, które odnajdujemy w szerokich baśniowych narracjach.

Na każdej niemal płaszczyźnie jesteśmy w stanie zostać odurzonymi potężną dawką „inności” – świat przedstawiony najlepiej ułożyć sobie gdzieś w okolicach dwudziestolecia międzywojennego, następnie dodajmy do tego odmienną geografię, historię, prawa fizyki, strukturę społeczną… Okraśmy to wszystko obecnością magicznych rekwizytów, pancernych niedźwiedzi, czarownic.

To wszystko Pullman kreśli jakby przy okazji, dając pierwszeństwo fabule – opowieści o przygodach Lary, niezwykłej dziewczynki wychowywanej w Oksfordzie w otoczeniu ekscentrycznych naukowców. Nasza bohaterka jednak częściej niż nauce oddaje się typowym dziecięcym rozrywkom – wspina się po dachach, penetruje katakumby uczelni, wiedzie typowo chuligański żywot. Sielanka trawa do czasu, gdy okazuje się, że w okolicznych miastach (a potem w samym Oksfordzie) zaczynają znikać dzieci… Wybitnie niebezpieczna przygoda stoi już u bram i zatoczy ona naprawdę szerokie koło.



Pullman bez wysiłku i zadyszki pcha akcję do przodu, meandruje, skręca w nieoczekiwanych miejscach, dla swojej bohaterki znajduje wyjście z każdej sytuacji, chociaż ani razu nie mamy wrażenia, że autor korzysta z jakiegoś topornego deus ex machina. Jak w każdej baśni (a książka ta chyba kryteria baśniowości spełnia) na bohatera czekają zagrożenia, którym z pozoru sprostać nie może. Jednak za sprawą bądź to sprytu, bądź to zaprzyjaźnionych sił udaje mu się wygrzebać z najgorszych nawet tarapatów. Nie będziemy mieli wątpliwości, że wszystko zmierza do (powiedzmy) szczęśliwego zakończenia, chociaż czystość intencji poszczególnych postaci będzie dla nas sprawą enigmatyczną.

Pierwszy tom „Mrocznych materii” potwierdza starą prawdę – nic tak nie przykuwa uwagi czytelnika jak niebezpieczeństwo grożące dziecku, magiczne artefakty i odrobina heretyckiego filozofowania (dostaje się Kościołowi, ale to Kościół z alternatywnej rzeczywistości, więc wielkiego bólu dupy u ortodoksów nie powinno być…).


Koniec.

4 komentarze:

  1. Aż chyba wrócę do tej książki, pamiętam jak czytałam ją w dzieciństwie i była po prostu magiczna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drugi raz już bym chyba jej nie czytał, ale pierwsza lektura bardzo udana.

      pzdr ciepło

      Usuń
  2. Pozostałe dwa tomy równie dobre. Mnie to podsunął kolega, od razu całość, pochłonęłam jak jedną książkę, podzieloną na trzy tomy tylko ze względów edytorskich (jeden byłby za ciężki).
    Film też niezły, choć kręcony bardziej dla widza nastoletniego niż dorosłego, to dorosły nie będzie się nudził. Wizualnie śliczny.

    Pancerne niedźwiedzie przypominały mi centaury u Tomasza Covenanta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pancerne niedźwiedzie były zacne. Przyznam szczerze. Kolejne tomy sobie w dłuższej perspektywie ustawię.

      A film? Widziałem trailer i moja wyobraźnia spisała się lepiej niż twórcy ekranizacji.

      pzdr

      Usuń