wtorek, 10 marca 2015

Wszędzie dobrze, ale w domu..., czyli "Spóźniony owoc radiofonizacji" Sośnickiego

Dariusza Sośnickiego nie trzeba chyba przedstawiać tym, którzy uważniej przyglądają się polskiej scenie poetyckiej. Można jednak dojść do smutnego wniosku, że ten znakomity autor chyba zawsze będzie tkwił w drugim rzędzie, za plecami bardziej utytułowanych wszelkimi nagrodami kolegów. Dzieje się tak dlatego, że poeta ten kroczyć zwykł raczej w poprzek niż równolegle do tego, co aktualnie promuje polska liryka. Omija go chwała, splendor i popularność, gdyż jego poetyka, sposób prowadzenia wierszy, nieoczywiste pointy i delikatna ironia doceniane są głównie przez wyrobionego odbiorcę.
W odróżnieniu od poprzedniego regularnego tomu wydanego w 2009 roku (znakomite „Państwo P.”), gdzie Sośnicki brawurowo analizuje polską współczesność i się z nią rozprawia, najnowszy zbiór wyjątkowo często pozwala nam spojrzeć wstecz, w otchłanie przeszłości, gdzie swoich korzeni poszukuje podmiot liryczny tych wierszy.
Od pierwszego do niemal ostatniego tekstu „Spóźniony owoc radiofonizacji” eksploruje motyw domu. Figura ta, fundamentalna przecież na wielu poziomach znaczeniowych, została podświetlona z różnych punktów. Dom staje się nie tylko oczywistym symbolem zakorzenienia we własnej, prywatnej historii, miejscem, gdzie wykluwały się rodzinne mity wiążące mówiącego z bliskimi. Dom to również zatrzymane w przestrzeni świadectwo kolejnych przemian zachodzących w świecie. Sośnicki sięga naprawdę głęboko – zrekonstruowane losy, w których zapewne odbijają się dzieje niejednej polskiej rodziny, zaczynają się wraz z powojennymi porządkami. Obserwujemy, jak następujące po sobie dekady definiują rozumienie domu, jakie problemy pojawiają się z jego dosłowną i symboliczną warstwą.
A to mój rodzinny dom.
W odróżnieniu od genialnego poety Josifa Brodskiego, który w architekturze widział zamrożony i po części odporny na upływ czasu owoc ludzkiego geniuszu, Sośnicki przygląda się budynkom, przyjmując inną perspektywę. Sama bryła staje się często smutnym (lecz ironicznym, rzadko cynicznym lub budzącym czarny humor) symbolem nietrwałości ludzkich starań, by związać swój los z konkretnym miejscem. Co więcej, domy Sośnickiego rozpadają się, wymagają stałej konserwacji, a ich losy związane są z procesami dziedziczenia. Natomiast otrzymuje się tu w spadku nie tylko fizycznie istniejące konstrukcje, ale także cały ciężar losów ich mieszkańców.
Sośnickiego od zawsze podziwiałem za elegancką linię wiersza – w poezji tej nikt nie krzyczy, nie zawodzi, nie rozdziera szat i nie przybiera wystudiowanych póz na potrzeby zilustrowania egzystencjalnych ekstremów. Poeta pisze w sposób czysty, buduje swoje teksty tak, by czytelnik poczuł się zaproszony do wędrówki śladami odkryć podmiotu lirycznego. Świeże, ożywcze metafory, doskonała technika, subtelna, nienegująca świata ironia, mądrość i żywa inteligencja – to niezaprzeczalne atuty tego bardzo dobrego zbioru wierszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz