sobota, 7 marca 2015

Nie otrzymał promocji, czyli "Osobliwość" Domagalskiego

Gdy kilka lat temu wpadła w moje ręce powieść Dariusza Domagalskiego Silentium Universi, nie wywarła ona na mnie największego wrażenia. Fabuła łączyła nieprzystające do siebie elementy – do klasycznych (stereotypowych, prawdę mówiąc) chwytów rodem z arsenału literatury science fiction w niezgrabny sposób dodano dziwaczne metafizyczne rozważania, których nie powstydziłby się wystrzelony w kosmos Dan Brown. Dostaliśmy kilka iście groteskowych wizji, takich jak na przykład pomysł, by Szatan w całej swojej przerażającej osobie zamieszkiwał obcą planetę i tam sobie katedrę gotycką postawił. Książka była nieudana i trudno znaleźć w niej coś, co chwyciłoby za serce bardziej wymagającego miłośnika gatunku.
W 2015 roku Domagalski znów próbuje zmierzyć się z podobną materią, publikując Osobliwość, i znów niestety ponosi klęskę, choć jest może ona nieco mniej spektakularna niż w przypadku wspomnianej wyżej powieści.
Zacznijmy więc od początku. W odległej przyszłości dzięki zakrzywieniom czasoprzestrzeni ludzie mogą dowolnie eksplorować i zasiedlać wszechświat, a Federacja Solarna (twór o totalitarnych rysach) żąda absolutnego posłuszeństwa od każdej z rozrzuconych w przestrzeni kolonii. Osią fabuły autor uczynił wyprawę statku zwiadowczo-badawczego Selene do gromady kulistej 47 Tucanae, bowiem to zgrupowanie gwiazd zadziwia pewnymi odstępstwami od reguł panujących w kosmosie. Jednak załoga Selene ma przede wszystkim ocenić, czy opłaca się wydobywać znajdujące się tam zasoby naturalne, nie zaś bawić się w astrofizyków.
Pierwszoosobową narrację poprowadzono z perspektywy jednego z członków załogi, który dość szybko orientuje się, że na pokładzie statku kosmicznego, mającego pomknąć w kierunku peryferii wszechświata, coś jest nie w porządku. W ostatniej chwili do całkowicie męskiej załogi dołącza seksowna młoda kobieta, co burzy porządek rutynowego lotu. (Czytelnik od samego początku czuje, że za kilkadziesiąt stron przeczyta scenę erotyczną z ową panią w roli głównej…) Pojawiają się pierwsze sygnały, że każdy z bohaterów ma coś do ukrycia.
Atmosfera szybko gęstnieje, gdy okazuje się, że docelowe miejsce w przestrzeni, które teoretycznie powinno być dziewiczym terytorium, nagle ujawnia swoją ponurą tajemnicę. Załoga dzielnych kosmicznych zwiadowców staje w obliczu olbrzymiej niewiadomej, która wkrótce przekroczy możliwości ich rozumienia procesów zachodzących w przestrzeni. 
Domagalski znów posługuje się znaną z Silentium Universi strukturą powieści, którą nazwijmy roboczo „zagrożenie wewnątrz, zagrożenie na zewnątrz.” Na naszych bohaterów czeka niebezpieczeństwo związane z eksploracją rubieży kosmosu. Niedające się zidentyfikować potężne siły dybią na życie postaci, stopniowo odsłaniając przed czytelnikiem swoje upiorne oblicza. Cienkie ściany Selene nie gwarantują choćby cienia bezpieczeństwa, a powierzchnia badanej planety za nic ma wysiłki przedstawicieli homo sapiens, którzy chcą wydrzeć jej skromne surowce naturalne. Słono płaci się tu za odkrywanie tajemnic wszechświata.
To, co w science fiction jest typowe, zostało wzbogacone o klasyczny dla literatury sensacyjnej (a dokładniej mówiąc kryminalnej) model „zamkniętego pokoju.” Członkowie załogi giną w tajemniczych okolicznościach. Każdy z bohaterów mógł mieć motyw i okazję, by pozbawić kogoś życia. Narrator co i rusz przygląda się swoim kompanom i drążą go wciąż te same wątpliwości – który z nich mógł zabić, skoro wszyscy mogą udawać kogoś, kim nie są? Niestety, rozterki te są podawane w sposób zbyt mechaniczny, wysilony, by nie budzić w czytelniku lekkiej irytacji.
Ponadto kolejne śmiertelne zejścia nie wywołują większych emocji, skoro na naszych bohaterów czyhają siły kosmicznych rozmiarów. Ten błąd położył „sensacyjną” warstwę Osobliwości, gdyż Domagalskiemu trudno utrzymać uwagę czytelnika na obu frontach. Powieść rozjeżdża się na zbyt szeroko rozstawionych torach i finalnie wykoleja się.





Co jednak najgorsze, to fakt, że Domagalski próbuje przemycić rozważania „wyższego rzędu”, ale robi to mało subtelnie. Problemy materii zyskującej samoświadomość, sztucznej inteligencji, procesów zachodzących w kosmosie, ba! nawet wykorzystany motyw teatru świata przybierają w Osobliwości zadziwiające kształty – albo bohaterowie (z głównym na czele) w mniej lub bardziej pompatyczny sposób rekapitulują nam to, co wiemy o świecie, streszczają po prostu pewien stan badań wycinka danej rzeczywistości, albo wymienione problemy służą domknięciu fabuły i wygląda na to, że użyte są w sposób pretekstowy.
Mroczny finał powieści Domagalskiego może przynieść niejaką satysfakcję odbiorcom, ale poprzedzony jest on niespodziewanym metafizycznym wtrętem. Autor wykłada wszystkie karty na stół, a czytelnik zadaje sobie pytanie, skąd pisarz wziął takie a nie inne rozwiązanie, które nijak nie wynika z całości utworu, a zaledwie z pewnej jego części. 
Piszący te słowa doskonale zdaje sobie sprawę, że literatura science fiction jest już od dawna składana z istniejących od dziesięcioleci podzespołów. Trzeba cudu, żeby w obrębie fantastyki naukowej znaleźć całkowicie świeży, odkrywczy motyw fabularny. Na co liczą więc czytelnicy, szukając kolejnej pozycji SF? Tego, czego oczekujemy od dobrej literatury – intrygującego pomysłu, przynajmniej jednego bohatera, któremu będziemy kibicować, poczucia humoru, rozpoznawalnego stylu, ryzyka, które podejmie autor, chcąc poprowadzić odbiorcę tam, gdzie on się tego nie spodziewa…
Tego wszystkiego niestety w Osobliwości zabrakło lub wystąpiło w ilościach śladowych.


Recenzja ukazała się pierwotnie na łamach Fantasta.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz